czwartek, 18 maja 2017

7 powodów, dla których warto przyjechać na Wawel Cup!

Ci którzy mnie znają, lepiej lub gorzej; zapewne wiedzą, że od jakiegoś czasu (wspólnie z grupą zapaleńców) realizuję wizję pt. „Wawel Cup – International Event”. Celem jest nawiązanie poziomem organizacji do takich wielodniówek jak Croatia Open, Tallin Orienteering Week czy Portugal ”O” Meeting (O-Ringen na razie może spać spokojnie). Cel jest oczywiście długofalowy, w tym poście chciałbym się skupić na czymś bardziej aktualnym, a mianowicie na Wawel Cup 36. Pisząc poszczególne notki na stronę staram się zachować odpowiednią formę, przez co teksty są może „bardziej sztywne”. Tu, jak na cycowego blogaska przystało, w nieco bardziej luźnym stylu, postaram się Wam przedstawić 7 powodów (bo szczęśliwa siódemka oraz bo więcej mi się nie chciało pisać <hehe>), dla których warto w tym roku udać się w okolice Klucz i Olkusza. Abstrahując od tego, że jest to wiadomo reklama własnej imprezy (nie mówię, że nie), patrząc na to co będzie napisane poniżej, sam chętnie przyjechałbym jako zawodnik na Wawel Cup.

1. Teren, teren i jeszcze raz teren!

Ciężko na jakiś zawodach znaleźć tak różnorodne tereny! Ostatnio stwierdziłem, że w tym roku ustawiliśmy sobie poprzeczkę wyjątkowo wysoko i ciężko będzie utrzymać taką różnorodność i ciekawość terenów w przyszłych latach (tym będziemy się martwić później, a koncepcja na przyszły rok już wkrótce pojawi się na stronce). However, w tym roku na zawodników czeka kolejno:

- bieganie wokół zamku, po skalach i lesie szybkim jak Mazowsze. Ekscytująca mieszanka, co nie?
- ciekawa mikrorzeźba; sosnowy, trudny do nawigacji las; teren półotwarte i olkuska sztolnia
- to poniżej, w nowym wydaniu, na nowej mapie, punkt w każdym dołku, skala 1:4000


- szybki las, z potężnymi skałami – typowe jurajskie, klasyczne bieganko
- następna bomba – nowa mapa Jacka Morawskiego na której znaleźć można jedyną w Polsce pustynię, skałki, dołki, syfki i ciekawą mikrorzeźbę. Teren absolutnie unikatowy i bardzo wymagający technicznie.

2. Mapy

„Nie przyjadę na Wawel, bo tam są słabe mape” – mówią na ogół Ci, którzy od minimum 3 lat nie byli na imprezie. Mapy przed zawodami są kilkukrotnie testowane przez doświadczonych biegaczy. Znaczniki stawiamy 2-3 tygodnie wcześniej, aby móc sprawdzić dokładność i aktualność każdej z nich. Z roku na rok kładziemy nacisk na ich jakość, a nasz główny mapiarz i osoba odpowiedzialna za „aspekt techniczny” (Włodzimierz Dyzio) zyskuje coraz lepszą markę. Najlepiej świadczy o tym przyjeżdżająca do nas co raz większa ilość zawodników z zagranicy. Do tego na ostatni etap (aby wprowadzić coś nowego i aby WD mógł się jeszcze bardziej przyłożyć do pozostałych map), mapę przygotowuje dla nas Jacek Morawski, prawdziwa ekstraklasa polskich kartografów. W związku z tym, przyjedź, zobacz i ewentualnie później mów, że są kiepskie mapy.


3. A może na oboz techniczny?

Wawel Cup to ciekawa propozycja organizacji konsultacji dla młodzieży, zwłaszcza dla mniejszych klubów, niedysponujących ogromnym zapleczem. Przygotowujemy 5 dni biegania w różnorodnych terenach i na dobrych mapach + za półdarmo (5zł) ciekawe treningi – oczywiście również w wymagających terenach.


4. Wawel Cup w CTZ

Dla wszystkich tych, którzy patrzą na ranking i liczą na rozstawienie na jesiennych MP-ach. Wawel Cup 36. to aż 4 biegi o współczynniku 1,05. Można solidnie załadować swoje liczniki punktowe!

5. Międzynarodowa impreza!

Na tą chwilę wśród zgłoszonych mamy już zawodników z 17 państw, a do zawodów zostało jeszcze ponad 1,5 miesiąca. Chcesz zobaczyć jak wyglądają międzynarodowe zawody? Pościgać się z zawodnikami z Belgii, Hiszpanii, Rosji, Brazylii czy Nowej Kaledonii? Nie trzeba jechać na koniec świata! Olkusz jest blisko!


6. Atmosfera!

Dla wielu to będzie jedyna impreza, w trakcie której będzie można najeść się kaszanki i napić dużo piwa. Nie da się ukryć, że to Wy, zawodnicy tworzycie klimat imprezy!

Dodatkowo możemy zapewnić, że w trakcie zawodów będzie efektownie! Centra zawodów w atrakcyjnych miejscach mają sprawić, że poza sportową rywalizacją, będziemy się czuć jak na fantastycznym pikniku. Infrastruktura, zaplecze, fotki, nagrody, zakończenie - postaramy się zadbać o każdy detal!

7. Podejście do zawodnika

Jako jeden z priorytetów w organizacji tego eventu postawiłem sobie odpowiednie podejście do zawodnika. Bardzo miło zrobiło mi się, gdy usłyszałem rok temu, że: „w przeciwieństwie do (takich jednych zawodów rozgrywanych wcześniej), na Wawel Cup zawodnik czuł się podmiotowo”. Tak właśnie staramy się do tematu podchodzić. Dlatego:

- Jeśli chcesz powiedzieć „ale zaj*biście było” – to fajnie.
- Ale jeśli chcesz powiedzieć w konstruktywny sposób „słuchaj, to do poprawy, to bym zrobił inaczej, tu coś nie grało” – to jeszcze fajniej, postaram się wdrożyć Twoje uwagi w życie i może dzięki Tobie poziom imprezy pójdzie do góry.

Kilka takich fajnych konstruktywnych e-maili po Wawel Cup 35. dostaliśmy, w tym roku postaramy się wymienione tam sugestie wdrożyć. Kontakt jak zwykle przez e-mail zawody@wawelcup.com.

Ahoj moi drodzy!

Tym razem w serii fotek ze znanymi ludźmi, przedstawiam część ekipy organizatorów sprzed 5 lat. Na zdjęciu Marta Listek (W niektórych kręgach znana jako persona chodząca z Mają do Starbacksa.) i legendarna Zordon! Pozdrowienia dla Was!

poniedziałek, 1 maja 2017

Ultralongowe opowieści


Hej ha! Kolejkę nalej! Hej ha! Kielichy wznieśmy! To zrobi doskonale Ultralongowym Opowieściom!

A więc (i dwója bęc), pora na opowieść o pierwszym ukończonym przez pana Cycerona ultralongu w elicie. Ale od początku, zacznijmy od #roadtoDylewskieWzgórza:


W tym roku przygotowania nie były niestety idealne (ani też jakby to Toporek powiedział ideanalne), nie przypominałem zeszłorocznego profCyca. Przyplątały się dwie tygodniowe choróbska, które po zsumowaniu dają miesiąc trenowania w plecy, dodatkowo startowałem z bardzo niskiego pułapu (wysokiego na liczniku wagi), a motywacja w pierwszych miesiącach trenowania też pozostawiała wiele do życzenia. Jakkolwiek fajne trenowanie zaczęło się 2 tygodnie przed finałem GPK, zakończonym piękną Victorią – kto jeszcze nie widział to patrzcie!


Po AMP-ach bardzo solidnie przetrenowałem tydzień, niedzielny trening nie został skończony przez lekkie problemy astmatyczne, później spadł deszcz i cały tydzień przed longiem to było już solidne chillowanie (z dobrym oddychaniem).

Droga do Dylewskich Wzgórz dobiegła końca, na starcie stanęli wszyscy sobie równi! Dodatkowego smaczku rywalizacji dodawała deklaracja Katarzyny B, że iż gdyż jeśli pewien zawodnik (a raczej drugoligowy biegacz) wygra z Olejem, to wróci do niego (tego drugoligowego grajka). Jak nietrudno się domyśleć determinanta faktyczna nie spełniła się ;)

Ale do rzeczy, a raczej do biegu. Ruszyli – po ładną fotkę Karol Galicz i Michaś Garbacik. Później na prowadzenie wysforowali się Marek Skorupa (pseudo Skorupa) i główny faworyt biegu Michał Olejnik. Tak biegliśmy sobie przyjemnie po Dylewskich Wzgórzach. Na pierwszym motylku około 15’’ błędu. Biegłem na dość sporym luzie (tak mi się przynajmniej wydawało), w pełni kontrolując co się dzieje i minimalnie korygując swoje warianty w porównaniu do motorniczych.


I tak po pewnym czasie wysforowała się następująca czołówka (która biegła razem całkiem sporą część trasy):

ekstraklasa – Michał Olejnik
I liga z ekstraklasowymi aspiracjami – Mikołaj Dutkowski, Radosław Piotrowski
I liga – Piotr „Pasza” Paszyński, Michał Kalata
II liga – Karol Galicz, Michał Garbacik i Mateusz Podsiadły (choć w tym wypadku raczej angielska Football (Orienteering) League Two :D)

W pewnym momencie kolejność wyglądała nawet tak:


Tak nie mogłem się powstrzymać, by wrzucić tego screena :D

Biegnąc na piętnastkę można było już wyraźnie zobaczyć dwie podgrupy:


Na węzłowym wszyscy moi kompani poszli w prawo; Radzio i Olej byli już wyraźnie (niecałą minutkę) z przodu. Wchodząc jednak spokojnie na punkt, złapałem przyszłego srebrnego medalistę i za nim zrobiłem całego motylka. W pewnym momencie przyszła do głowy nawet taka myśl:

„A co jak mi się uda, to co dwa lata temu?” 

od razu jednak: 

„Spokojnie niewiele ponad 1/3 za nami, wszyscy wciąż są w grze.” 

Prawda jest jednak taka, że było to bolesne oszukiwanie swojej głowy. Wcale nie biegłem na luzie (domyślam się, że średnie HR z pierwszej godziny biegu może oscylować powyżej 185 uderzeń. O tym, że zaczyna być ciężko zacząłem się przekonywać, biegnąc na 23 punkt. Radzio przyspieszył, a mi najzwyczajniej w świecie zaczynało brakować paliwa.


Po pierwszej kąpieli w bagnie straciłem kontakt z czołówką,


później jeszcze chwilowy (dość długi) zawias (około 1’20’’ błędu) i mogłem rozpocząć drugi bieg, zupełnie odrębny od pierwszego. Pierwszy się już zakończył, na więcej nie było mnie stać, jak można było przewidzieć - na więcej nie byłem przygotowany. "Z gówna bata nie ukręcisz", bieganie na pewnym poziomie to jednak nieubłagana matematyka. Jakkolwiek była to fajna przygoda i będzie co wspominać. Był to również cenny pakiet doświadczenia do #roadtojeszczeniewiemgdzie.

W dalszej części zacząłem opadać z sił i niestety pojawiły się błędy (1’20’’ na PK27, 15’’ na PK31, 1’30’’ na PK32, 15’’ na PK33, 30’’ na PK34, 15’’ na PK 36, 20’’ na PK39 i 15’’ na PK46). Łącznie na całej ultralongowej trasie uzbierało się około 6’20’’ myślę, że nie tak dużo, choć uniknięcie części z nich pozwoliłoby mi na zbliżenie do miejsca w TOP6, które byłoby już czymś fajnym – gratki Mateusz.


Sporo błędów zrobiłem na drugiej części trasy, zadowolony jednak mogę być z trzeciej części, gdzie słabłem wolniej niż Karol i nawigowałem lepiej niż Mateusz. Mogę powiedzieć, że pomimo ogromnego styrania, mój mózg pracował na lepszych obrotach. Fajną motywacją było spotkanie z konkurencją na węzłowym. Na tej części trasy z 4’ straty do Karola, odrobiłem 2’, by jedną znowu stracić na kolejną kąpiel w bagnie.


Bieg zakończyłem z bardzo dużą stratą na 8. miejscu. Na początku postaram się zwrócić uwagę na jego pozytywne aspekty:

- Pierwsze 60’ trasy pokazało, że da się biec z ekstraklasą i kontrolować co się dzieje.
- Ukończyłem pierwszego ultralonga w elicie.
- Dałem z siebie absolutnego maksa, po biegu prawie tydzień dochodziłem do siebie.
- Prawie cały czas biegłem; z czasem wolno, ale biegłem (podchodzenie tylko pod górki).
- Miejsce 8. jest na razie moim najwyższym miejscem na MP w M21 w biegu indywidualnym (jakkolwiek jestem świadomy tego, że przy pełnej stawce byłoby to pewnie miejsce w okolicach 15.).
- Był to też jak na razie najlepszy mój bieg na MP w M21, przegrałem mniej niż na jesiennych klasykach.
- Na całym biegu, w przeciwieństwie do Piotra, Michała czy Mateusza nie zrobiłem żadnej dużej bomby.
- Na ostatniej pętli utrzymałem koncentrację na wysokim poziomie.


1. M.Dutkowski    133:49
2. R.Piotrowski      +1:19
3. M.Olejnik           +4:25
...
6. M.Podsiadły     +21:27
7. K.Galicz          +23:26
8. M.Garbacik      +26:44

Podsumowując tegoroczny ultra long, poziom elity, w porównaniu z poprzednimi latami, był bardzo wysoki*. Cały pierwsza piątka, to naprawdę panowie, co mają w nogach. Było z kim przegrać ;)

Zwłaszcza szacun dla Radzia, po którego czasie na AMP-ach nie spodziewałem się takiego wyniku, nie da się ukryć – pokazał klasę. Pokazał rownież, że te nasze roczniki (94-96) wchodząc do elity zgarniają indywidualne medale bez najmniejszych kompleksów (rok temu Krzyś dwa, dwa lata temu Piotr cztery). Ukłony również w stronę Mikołaja Dutkowskiego, który udowodnił, że nieustępliwość popłaca i każdy w końcu dotrze do swojej Itaki. (Dla każdego mitologiczna Itaka jest czymś innym.) Z roku na rok podnosił swój poziom i myślę, że w tym roku zgarnie jakąś blachę również na biegu, gdzie będzie pełna stawka. Czapki z głów!

W zmaganiach drugiej ligi, które z takim zainteresowaniem przedstawiałem rok temu, najlepszy okazał się Mateusz Podsiadły, tuż za nim Karol, a na trzecim stopniu podium był Cyc Ron.

Pogdybajmy jeszcze trochę:

-Gdybym w tegorocznej formie {bez astmy} wystartował w roku ubiegłym to prawdopodobnie walczyłbym o TOP2.
-Gdybym w formie z zeszłego roku, gdzie biegałem 6’ szybciej na półmaratonie i zrobiłem zdecydowanie więcej kilometrów po lesie** {bez astmy}, pobiegł w tym roku, w ocenie trenera Włodka walczyłby z Paszą i Kalatą o TOP4.
-Gdybym nie biegł pierwszych 60’ z topem to może czas na mecie byłby troszeczkę lepszy, ale ileż frajdy byłoby zabrane…

Gdybać każdy jednak może czas na nowe cele, nowe przygody… ; ) Na razie odpłukać kwiecień przebiegł o niebo lepiej niż rok temu, więc jest szansa że lipcowa forma na start przygotowań pod jesień będzie wyższa niż rok temu. fajnie byłoby powalczyć jeszcze w tym roku o TOP10, nie da się ukryć, że w tym roku elita jest bardzo wyrównana i poza ekstraklasą sporo jest zawodników I-ligowych. (Wciąż marzy mi się awans do tej ligi :D) Na pewno powstaną jeszcze jakieś cele biegowe, poza orienteeringowe. Na razie celem w samym sobie jest każdy trening i każde podwórkowe zawody. Chcę czerpać z nich jak najwięcej radochy, w miarę możliwości, oddychając pełną piersią. A co będzie później? Zobaczymy, enjoy it!

No i na koniec foteczka, z pozdrowieniami dla kochanej Polusii i kochanego Kubusia. Tak nowoczesne dzieci spędzają wigilię świąt Bożego Narodzenia ;)


Ahoj, (a kto nie przeczytał do końca ten hoj)!

*Jak na złość, w tym roku nikt nie zszedł z trasy :D
**Tego w tegorocznym przygotowaniu, moim zdaniem zdecydowanie brakło.

środa, 5 kwietnia 2017

Na półmaratonach

Przed okres zimowym, planując treningi, wyznaczyłem sobie kilka startów docelowych. Jak trenowanie samo w sobie jest super i w ogóle, to zawsze fajnie jest mieć jakiś cel, jakieś wyzwanie.

I tak pierwszym wyzwaniem miał być Zimowy Półmaraton Gór Stołowych, do którego z założenia miałem się przygotowywać głównie treningami na hali, jak i długimi rozbieganiami. Dwie foteczki (jedna świeżo z instagrama) z jednego z nich!



Jadąc na ZPGS w markowej strzale, po nudnych ćwiczeniach z ZZL (bardzo przepraszam panią Kubicę, jeśli pani to czyta niech pani wie: pani była świetna, tylko materia dość średnia) i porcji makaronu z La Pasta (polecam tanio, a całkiem smacznie), czuć było taką fajną lekką nerwówę jak za juniora. Kiedyś jadąc na MP była taka delikatna napinka, cały zeszły rok z grubsza na wy.. na luzie ; ) Po odebraniu pakietów, wracając z Pasterki na kwatery, mieliśmy przyjemność wypychać czyjeś auto z rowu (Pozdro dla fajnych ziomków). Także sratata trening, kolacja, spanie, rozgrzewka… i "ruszamy w miasto do boju"!


Na początku, zaliczyłem niestety glebę, przez co pierwszy kilometr biegło się bardzo ciężko. Z czasem pomału do przodu, trasa była malownicza, dystans długi, śniegu tony, nic tylko się bawić! Około czwartego kilometra minąłem Mareczka, z dwa kilometry później byłem już w trójce. Cały czas podążał za mną kolega w niebieskiej kurtce, koło dziewiątego kilometra dał mi na chwilę zmianę. 


W ten o to sposób mijaliśmy kolejne kilometry, doganiając Jaśka, aż nagle… po pewnym czasie zorientowaliśmy się że od dość dawna nie ma już żadnych oznaczeń, a przed nami są już tylko jedne ślady. Jak się później okazało cała trójka (z miejsc 2-4) od jakiś 2 kilometrów była poza trasą. Szlag! My już byliśmy trochę zarąbani, a organizator nie zabezpieczył wystarczająco zbiegu z głównej drogi. Także po zabawie, nie dowiedzieliśmy się kto z naszej trójki stanąłby na podium (przewaga nad resztą stawki była już bardzo duża), ponad 15 km wysiłku w śniegu po łydki poszło w cholerę, a pierwszy cel popłynął w siną dal...


Z uwagi na to, że ta notka będzie przydługawa to na rozważania na temat organizacji zostawię sobie cały kolejny wpis, a będzie o czym pisać!

Kolejnym półmaratonem, z którym przyszło się mi zmierzyć, był RomaOstia Halfmarathon. Tym razem bieg miał być już bardziej serio sprawdzianem mojej formy. Niestety przygotowania nie przebiegły tak jak sobie wymarzyłem i zawody musiałem potraktować bardziej na luzie. Gdyż jak to trener kiedyś wspominał: „Z gówna bata nie ukręcisz.” lub bardziej biblijnie „Z pustego to i Salomon nie naleje.”.

Była to też fajna okazja by zobaczyć Rzym w dwa dni i spędzić pierwsze od 5 lat wakacje z moją familią (i z kuzynem Gajkowskim). Nie może zabraknąć, więc kilku foteczek z turystycznej części świetnego wyjazdu (który też był dla mnie fajnym chillem po zakończonym GPK).







W trakcie kumulacji


rozkminialiśmy z Gajkiem na jaki czas mam pobiec i zgodnie stwierdziliśmy, że czas Jaśka z Półmaratonu Królewskiego może być dobrym wyznacznikiem. I tak też zacząłem, po 3:50. 



Kolejne kilometry, wśród włoskich mastersów („zawodników przyjeżdżającym na Wawel Cup by spędzić tam jesień swojego życia” – cytując klasyka, czyli mnie) mijały spokojnie. Na biegu nic mnie nie bolało, wciąż udawało mi się utrzymywać stabilne tempo. Lekki kryzys przechodziłem pomiędzy 17., a 20. kilometrem, by na sam koniec przyspieszyć. Z tego ostatniego kilometra mogę być naprawdę zadowolony, udało się ładnie zmobilizować. Jako ciekawostkę powiem, że był to jedyny kilometr, który pokonałem szybciej niż na zeszłorocznej Marzanie ; ) Nie da się ukryć, w porównaniu z zeszłym rokiem, jestem dwa poziomy niżej.


Po biegu gratulacje należą się:

- kochanej mamusi, która zbliżyła się do hardkorowej życiówki, ustanowionej podczas szalonego biegu z wujkiem Kaszowskim!

- kochanego tatusia, który z kota zamienił się w tygrysa i przebiegł swój pierwszy półmaraton, i to jak!

- kuzyna Gajkowskiego, który fajnie zrealizował swój plan treningowy, dopiął swego i z formą trafił na start docelowy!

- mojej dziewczyny Garminy/przyjaciela Garmina, który po biegu pokazał 21,1km – szacun dla Ciebie skarbie.

- zespołu organizatorów, o tym szerzej w kolejnym poście. Biurem zawodów sprawnie dyrygowała Bogusia Słońska, Tomek Polewka robił dobrą atmosferę na starcie, Paweł Wójcik, Madzia Topór i Antosia Słońska sprawnie odbierali worki w wagonach, trener Włodek dobrze oznakował trasę, a Kasia Bugaj doskonale ogarnęła depozyt. Tylko Ania Karnia zamówiła trochę za mało przenośnych toalet. Brawa dla Was, czuć było, że jest się na naprawdę dużej imprezie, na półmaratonie w dużej europejskiej stolicy!


Mimo, że wpis był z założenia raczej o półmaratonach, nie może zabraknąć krótkiej wzmianki o AMP-ach. Wreszcie będę blogaskowo na bieżąco! Aby za bardzo nie przedłużać, ruszyłem odpowiednio, niestety na drugim i trzecim kilometrze trochę za bardzo poniosły mnie emocje. Do mety dobiegłem zarąbany, jak za dawnych dobrych lat. HR 190/197


Przełajową trasę ok. 9 kilometrów (różnie wychodziło ludziom - mniej lub więcej) pokonałem w 32:27, przegrywając niedużo z Jaśkiem i Staszkiem Jaźwieckim (dawnym konkurentem w biegach alpejskich), nie aż tak dużo z Radziem i Adamem Bednarzem oraz bardzo dużo z Crisem Wołowczykiem. Co Cris jest mocny! Ogólnie wyjazd bardzo fajny, sportowo nieźle, atmosfera bardzo dobra. Na pewno to nie był mój ostatni wyjazd z UJ-otem. Ahoj!



Widać kolejny mały kroczek na przód, kolejny tydzień był bardzo intensywny, ten jest już luźny i zobaczymy – chciałbym się dobrze bawić, czuć flow i ukończyć tego ultralonga w dobrym tempie ;) #roadtoDylweskieWzgórza #High5 #będęcierpieć

I jeszcze porcja foteczek, tym razem podróżujemy szlakiem jurysprudencji. Poniżej włoski Sąd Najwyższy i łódzki WSA.



I już na sam koniec standardowe pozdrowienia, tym razem na zdjęciu widniej Szymek, który ostatnio stwierdził, że „fajnie czyta się cycowego blogaska”. Szymek to kolega z lat młodości (na zdjęciu uchwycony w dwuznacznej sytuacji), który jest jak zdrowie i ma mnóstwo różnych pseudonimów. Legendy głoszą, że wkurza po alkoholu, ale tak naprawdę wszyscy go lubimy i kochamy (oczywiście tak po kumplowsku). Pozdro Szymnio, Diofancie, Ememensie, Murarzu i Wozie Policyjny!


środa, 22 marca 2017

Wild satisfaction!

„(…)Proponuję żebyś Ty na ostatnią edycję GPK przygotował formę biegową i żebyś pościgał się z najlepszymi(…)” – fragment e-maila organizacyjnego od kierownika sekcji po Biegu Walentynkowym, niech będzie cytatem tego dzisiejszego wpisu, mam nadzieję, że trener się nie obrazi.

A więc, cytując klasyka (przez duże G) – „panie trenerze melduję wykonanie zadania!” Poniżej - szczęśliwa ósemka!


Wracając jeszcze do czasów nieco wcześniejszych, ze startu w Styczniowym Wyzwaniu mogłem być zadowolony, później nieco osłabił moją motywację Zimowy Półmaraton Gór Stołowych (szerzej o nim w kolejnym wpisie (nie polecam (półmaratonu, nie wpisu))). Później było 1,5 tygodnia solidnego pakowania i pieprzone choróbsko przed Biegiem Walentynkowym. A szkoda, bo już nawet znalazłem kandydatkę do wspólnego biegu (o tym poniżej). Po lutowym etapie otrzymałem wyżej wymienionego e-maila i zabrałem się za leczenie oraz trenowanie niejako od nowa! Poniżej jeszcze kilka foteczek ze Styczniowego Wyzwania, gratulacje dla Jaśka, którego nie udało się złapać na ostatnim podbiegu.




Start na Wielkim Finale miał być tym, co tygryski lubią najbardziej – Wielkim Powrotem do swojej Itaki!

Listopadowe Otwarcie – III miejsce
Bieg Mikołajkowy – pieprzone choróbsko
Styczniowe Wyzwanie – II miejsce
Bieg Walentynkowy – pieprzone choróbsko
Wielki Finał - ?

Na starcie kandydatów do zwycięstwa było kilku: wielokrotny zwycięzca krótkiej pętli Przemysław Babula, lider generalki Jasiek, potrafiący robić cuda na świeżości Marek, lutowy zwycięzca Marcin, belgijski imigrant Michał i on Cyc Ron. 


Taktyka na bieg była prosta, nie przejmować się konkurencją i cały czas robić swoje, przede wszystkim nie dać się za bardzo skwasić na pierwszej górce. Po starcie myślałem, że pobiegnę tempem Marcina i Michała (u którego w Belgii, kilometry to chyba jednak inaczej mierzą :D, pozdro!), jednak oni zaczęli za wolno. Zadaniu sprostał Kamil Jezierski – konkurent z dawnych lat. Razem biegliśmy aż do kopca, gdzie złapaliśmy pierwszą grupę. Tam było nas czterech – zapowiadał się niezwykle wyrównany bieg. Kolejny zbieg wyszedłem na prowadzenie, by móc puścić nogi i nie zważać na innych. Na końcu zbiegu puściłem rywali do przodu, z czasem zyskali pewną przewagę. W połowie markowego Alpe Cermis sił już zaczynało brakować, obróciłem się – „Marek ma dość, przynajmniej będzie trzecie miejsce” – taka myśl przyszła do głowy. Do końca podbiegu trzymałem jednak tempo i po ostatnim zakręcie nastąpił atak. Atak ponowiony jeszcze na ostatniej górce i już przebiegając koło kibiców czułem dziką satysfakcję! Satysfakcji jakiej nie było dawno. Na mecie była pora na dziką radość!




Nie da się ukryć, że wynik „du*y nie urywa”, jednak jak na robotę, którą wykonałem, albo raczej której nie wykonałem, tego dnia byłem bardzo zadowolony. Nie da się ukryć, że w tym roku liga była ciekawsza. Poniżej jeszcze kilka foteczek.

Rywalizacja międzypokoleniowa:


Poszli (czyżby nie za mocno?):


Dajesz hardkorowy koksie!


Była walka, o tą walkę chodzi właśnie!


A może opowiedzieć Wam jakiegoś sucharka?


Dziękujemy High5 za pomoc przy wspaniałej imprezie!


Największa talenciara WKS!


Gorzko, gorzko!


I mamusia na podium w generalce!


Paraparapapa, oo!


Później zająłem się sprawami organizacyjnymi, siedząc w depozycie z miłą sekretarką przy biurku. Następnie prowadziłem zakończenie, wraz z panem Tomkiem Polewką. Gratuluję za świetną robotę i dziękuję za miłe słowa, jakobym miał być wzorem w tej kwestii dla takiego fachowca jak pan Tomek. Dużo jeszcze pracy przed nami, ale nie da się ukryć, że w tym roku Grand Prix weszło na kolejny poziom.


Z roku na rok impreza się rozwija, a to był dla mnie Beautiful Day!


I jeszcze jeden dość ważny aspekt. W listopadzie wyglądałem tak:


A w marcu tak:


Nie da się ukryć, że jest to kolejna, fajna, pozasportowa motywacja do trenowania!

Na koniec standardowa dedykacja. Tym razem foteczka z moją ulubioną BW! Panią Basię poznałem na zawodach w Brzesku, gdzie spiker głośno wykrzykiwał jej imię, gdy wbiegała na metę. Później na pieńku miał z nią Marcin (który produkował czarne IceBugi dla kobiet). W ostatnich jednak latach bardzo się z panią Basią polubiliśmy. A w tym roku, gdy włączyłem się mocniej w organizację, zobaczyłem, że jest to osoba naprawdę wyjątkowa! Dziękuję, pani Basiu, za zaangażowanie i za to, że dodaje Pani klimatu naszej imprezie. Życzę Pani jeszcze co najmniej 10 przebieganych edycji GPK. Na zakończenie jeszcze cytat Gajka z Rzymu: „No i co Garbaty miałeś, a masz Woźniakową”. I dobrze! Jeszcze raz gorące pozdrowienia i wspólna foteczka ze Styczniowego Wyzwania!