wtorek, 22 sierpnia 2017

#roadtosomewhere – Festiwal Biegów Alpejskich

Paradoks, moi drodzy czytelnicy, polega na tym, że zacząłem tą notkę pisać od ostatniego akapitu, jeśli chcecie można też zacząć ją czytać „od dupy” strony (czyli foteczki z dedykacją, przed odniesieniami do gwiazdek), bo chyba warto!

Na dzień dobry z kolei wrzucam (zupełnie dla celów marketingowych, aby foteczka wyświetliła się jako główna przy linku na fejsiku), zdjęcie etatowej pani fotograf z GPK – Magdaleny Bogdan. Enjoy!


Pomysł, żeby wystartować w całym Festiwalu zrodził się już dość dawno. Nie da się ukryć – nie był zbyt przemyślany. (Ale czy wszystkie pomysły w życiu muszą być przemyślane?) Klamka zapadła – jedziemy! Średnio wyspany po spajderkowo-gpkowym grillu i wczesnej pobudce ruszyłem wraz z kompanami na południe! Do annałów historii przejdzie najszybszy fragment minionego weekendu (czyli rozgrzewka przed pierwszym biegiem, którą robiliśmy momentami po około 4’00’’/km). Ostatecznie nie spóźniając się na start, ale startując z biegu ruszyliśmy, na Babią Górę po raz pierwszy! Cały bieg był rozegrany uważam całkiem dobrze, bez szarpania, ze świadomością co czeka mnie za Markowymi Szczawinami [Chaszczoka biegłem już dwa razy, z tego raz całkiem żwawo]. Mając spory zapas sił na ostatnim podbiegu, lekko zafiniszowałem wyprzedzając dwóch biegaczy. Czas bardzo podobny jak w zeszłym roku, a tym razem nie biegłem „na maksa”, czyli sportowo całkiem nieźle ;) 

I czasy: Garbi74:38, Marek Skorupa pseudo „Skorupa” – 76:05, Żan Baran82:55 (pierwszy – Piotr Koń62:57). 

I foteczki ze szczytu (dwóch walczących przystojniaków i Cyc turysta xd):




Kolejna foteczka, co by nie powiedzieć, widoczki były prima sort!


Następny etap to sprinty pod górę (nachylenie jakieś 27%) – poniżej seria foteczek pt. „Strach i skupienie”.



Sportowo dwie mocno, trzecia odpuszczona, czwarta na pałę by zdobyć bonifikatę (drugie miejsce) i piąta znów odpuszczona, bo już się nie dało. Działo się! To był etap, który zrył banie! 





Po południu znów dwa etapy (była szansa by się przespać 20 minut pomiędzy etapami), Bieg na Mokry Kozub (1km, 150m up) to pierwsze od dawien dawna podium pana Cyca, fajne przetarcie. Na początku wszyscy ruszyli myląc trasę i szukając przejścia między krzakami, a kłodą („coś jak w BnO na pierwszej zmianie” - stwierdził Marek). Biegło mi się bardzo dobrze, „denerwował” mnie tylko zawodnik z kijkami, którego nie szło wyprzedzić, z uwagi na zamaszyste ruchy kijkami. Zawodnik ten później wygrał cały festiwal, jak i Bieg Ultra Granią Tatr, więc może i dobrze że nie wyprzedzałem ;)

Pierwszy Robert Faron6:30, trzeci Garbi6:43, Mareczek7:31, Żan z uwagi na niedyspozycję zrezygnował po Chaszczoku.

Następnym biegiem, był Bieg na Małą Babią, znów bagatela 780 metrów w górę. Ponownie zacząłem spokojnie, tym razem jednak dałem się podpuścić swojej głowie i pewnemu starszemu zawodnikowi , który powiedział - „młodzież do przodu”. Mocno spawałem na piątej pozycji, potem jednak trochę siekło. Jakkolwiek fajne uczucie, jak Ci się przypominają „stare dobre czasy”. Bo na tym biegu momentami to był Garbacik z dawnych lat!

Rubryka czasy: pierwszy Aleksander Dzidowski 46:19, Garbi53:34 i Marek, którego również siekło – 58:16. Sportowo biegł wypadł naprawdę nieźle, trzy minutki straty do podium, jakby to był mój jedyny start, a nie jeden z festiwalowych można byłoby o nie powalczyć.

I oczywiście rubryka foteczki, coś pięknego!




Noc była ciężka, zaledwie kilka godzin szarpanego snu, jadąc na Nocny Bieg na Cyl o godzinie 1:50 padły pamiętne słowa: „Marku czy nas kur*a poje*ało?”*,**

Ciekawostką tego biegu, było spóźnienie się na start, gdyż pierwszy raz w życiu spotkałem się z tym, że organizatorzy sprawdzali obowiązkowe wyposażenie i nie chcieli mnie dopuścić. Na początku "rura" (a dokładnie spacer) stokiem narciarskim do góry, płaski fragment i końcówka na Cyl. Bagatela 595m w gorę na 3,6km. Biegło mi się zadziwiająco dobrze, realizowałem plan by nie dać się wyprzedzić przez pierwszą kobietę xd. Zgon miał dopiero nadejść. 

Czasy – pierwszy Robert Faron32:13, Garbi 36:14, Maro38:17.

Foteczek brak :( :( :( (dużo smuteczku)

Zgłaszając się na FBA, jakby nie przyszło mi do głowy, że nie jest to nie tylko 40km i 6500m up w dwa dni (ale de facto drugie tyle), bo na każdy kolejny start trzeba było dojść. I w ten sposób po kolejnym ciężkim spacerze z Cylu na Krowiarki zacząłem czuć, że jestem odwodniony i głodny, jednocześnie nie mogąc już dostarczyć więcej pokarmu, gdyż organizm nie chciał trawić. Śmieszne uczucie. Na Krowiarkach Marek napomknął jeszcze: „Czekaj na mnie na szczycie”. Rzeczywistość była zgoła inna co obrazują wyniki (jak to kiedyś trener Włodek powiedział „Garbaty jak Cię sieknie to już sieknie, musisz o tym pamiętać”) – i tak właśnie było ; ) 

Czasy: pierwszy Andrzej Długosz32:03, Skorupczak 49:31, Garbizgon62:19 (prawie dubel)

I foteczki:



However, Bieg Wschodzącego Słońca – coś pięknego, z chęcią znów tu wrócę (zarówno na taki romatyczny spacer, jak i może kiedyś na pojedynczy bieg, by powalczyć o czołowe miejsca). Reasumując, podsumowując już odpuściliśmy – ja się już do niczego nie nadawałem, a Marek też „szukał wymówki by zakończyć to szaleństwo” (no i obiad u babci był). 

"Jeszcze nie jestem ultrasem" – tak również mógł brzmieć tytuł tej notki. Mimo to była to wspaniała przygoda, prawie 60 kilometrów w jedną dobę, piękne widoki, doborowe towarzystwo, a i sportowo nie było tak źle ; ) Jeszcze kiedyś góral wróci ;) Ahoj!

I już tak trochę abstrahując od przewodniego tematu notki i odpowiadając na pytanie koleżanki Marty:

- Jakie teraz będzie roadto?
- #roadtopięćkilomniej #roadtobefitagain #roadto1000, a przede wszystkim #roadtosomewhere – wszyscy zmierzamy dokądś i skąd mamy wiedzieć co przyniesie nam los (który przecież tak często lubi grać z nami w pokera!)? Kolekcjonujmy piękne chwile, żyjmy przeszłością, teraźniejszością i przyszłością (najlepiej wszystkim na raz) i starajmy się trochę częściej do siebie uśmiechać! 

I niezawodni Scorpionsi***, może niezbyt w temacie notki. Ale czyż to nie jest piękne?


I foteczka z dedykacją, tym razem oczywiście z użytkownikiem Marek Skorupa. Znanym, klubowym „łowcą bramek”, a przede wszystkim kolegą****,który ściągał mnie kiedyś zimą z gór. Dzięki niemu możecie dziś czytać kolejne rozdziały książki Cycerona!  


*Czytającą młodzież przepraszam za przekleństwa.
**Ilość przekleństw jest wprost proporcjonalna do poziomu zmęczenia.
***, którzy w tym roku odsłonili swoją gwiazdkę w Alei Gwiazd pod Wawelem ;) Do zobaczenia w przyszłym roku w Podlesicach!
****-Byłem z kolegami… -Ty nie masz kolegów! –Trenerze, a Marek? –No dobra, Marek jest Twoim kolegą!

Ahoj po raz kolejny!

niedziela, 6 sierpnia 2017

Dlatego czasem warto żyć!

Kiedy byłem mały,
zawsze chciałem dojść na koniec świata,
kiedy byłem mały,
pytałem gdzie i czy w ogóle kończy się ten świat...

W życiu piękne są tylko chwile,
w życiu piękne są tylko chwile

Kiedy byłem mały,
pytałem co to życie,
co to życie mamo,
widzisz życie to ja i Ty,
ten ptak, to drzewo i kwiat,
odpowiadała mi...

W życiu piękne są tylko chwile,
w życiu piękne są tylko chwile

Teraz jestem duży i wiem,
że w życiu piękne są tylko chwile,
dlatego czasem warto żyć,
dlatego czasem warto żyć...

W życiu piękne są tylko chwile,
w życiu piękne są tylko chwile,
w życiu piękne są tylko chwile,
w życiu piękne są tylko chwile,
tylko chwile

 

Jak w tytule! Dziś bez dłuższych rozważań (na dłuższą relację z weekendu, serdecznie zapraszam wkrótce, bo i jest o czym pisać). Wiernych czytelników zostawiam z tekstem piosenki i cyconistycznym przesłaniem (Kto jeszcze pamięta tą starą i znaną filozofię?! [z czasów, gdy cyceron był jeszcze piękny i młody!]), że czasem warto żyć oraz tworzyć wspomnienia (a nie tylko żyć wspomnieniami)!

Dziś foteczek sporo nie będzie, jakość też może średnia, ale blogaskowa dokumentacja obowiązkowo musi być.

Było nas trzech, w każdym z nas inna krew, ale jeden przyświecał nam cel!


I romantyczny spacer o wschodzie słońca na Babią Górę, z użytkownikiem Marek Skorupa. Co ten  cyceron jest romantyczny! 


I może najpiękniejsza z wszystkich chwil z tego weekendu, która trwa właśnie teraz! Gorąco pozdrawiam wszystkich czytelników, Wasze zdrowie!


I jeszcze foto dedykacja, na stałe wracamy do blogaskowych dedykacji. Tym razem foteczka z World Gamesów. Zamiast uganiać się za Kyburzami, Robertsonami czy innymi tam gwiazdami, udało mi się zrobić foteczkę z gwiazdą z kraju nad Wisłą! Duży to dla mnie zaszczyt, pozdrowienia! z użytkownikiem Mistrzyni Europy Helusz2016

niedziela, 23 lipca 2017

„Nie sztuka dobrze biegać jak się jest w formie, sztuką jest..."

...umiejętnie się przeciągnąć jak się jest grubym cieniasem!"

Czasy kiedy mogłem uczciwie powiedzieć – „pan Cyceron jest w formie” minęły. Mam nadzieję niebezpowrotnie, bo jak to powiedział na jurajskim zakończeniu sezonu MH „W pewnym momencie bieganie to ciągła walka do tego do czego się już i tak nie wróci”. Tak więc z tego co widać – Maciek walczy, (ja z resztą też). Walka w drugiej lidze (i w wadze ciężkiej 80+ będzie ciekawsza!)

Okres po KPA obfitował w starty wydawać by się mogło kluczowe, zatem pora na relację z AMP, KMP, MP oraz z Mistrzostw Węgier, które były taką truskawką na torcie. 

Po zakończonym weekendzie sprinterskim, biegałem trochę na bieżni. Wynikami się chwalić nie będę, dociekliwi sprawdzą, no może poza jednym…

pchnięcie kulą – 7,74 m 

Nowy rekord życiowy, stary poprawiony o ponad 0,5 metra! Do tego jak łatwo można zobaczyć na tymże blogasku, w korespondencyjnym pojedynku trener Karol został pokonany o 0,48 metra.* Czyżby 1 liga w pchnięciu kulą wśród polskich orientalistów?

Pozostając w temacie stadionu, płynnie przejdę do samych AMP-ów, na które uczciwie powiem nie jechałem z myślą o biciu rekordów życiowych. Poniżej foteczka Mistrzów UJ-otu w sztafecie 4x400 metrów. Najsłabsze ogniwo zebrało cenne doświadczenie i może następnym razem czas będzie lepszy :P


W tak zwanym międzyczasie odbyły się Klubowe Mistrzostwa Polski – bieg klasyczny i sztafeta pokoleń. Z uwagi na tygodniową niedyspozycję klasyk odpuściłem - poleciałem kilka punktów truchtem, cztery punkty na przetarcie za Paszą i znowu truchcik. Prawdziwa rywalizacja miała dopiero nadejść!


Następnego dnia nadszedł dzień, w którym mój bieg (poza rywalizacją w drugiej lidze), miał większe znaczenie. Sztafeta klubowa, czyli zawsze ogromne emocje i interesująca rywalizacja! Wawel troszkę osłabiony ruszył do boju, a na pierwszy ogień posłał pana Cyca!


Teren niezbyt mu odpowiadał, ale nie ma co narzekać – trzeba było ruszyć do boju. Od startu od razu harpagony zaczęły mega mocno – pierwszy kilometr po syfie 4:38, drugi 4:06! Na pierwszym rozbiciu leciałem swoje, kątem oka widziałem, że Marek ma to samo. Już wcześniej domyślałem się, że budowniczowie tras na pewno nie pójdą na łatwiznę i kilka podwójnych wajch nam zafundują. Na trójkę uformowała się już hierarchia w tramwaju (z przodu Podzio, Radzio), a za nimi sznur wraz z panem Cycem. Spory błąd Garbi walnął na piątkę. Zabrakło konsekwencji i pewności siebie na rozbiciu. Około minuta w plecy.


Mimo to uformował się całkiem fajny tramwaj za Podziem. Hierarchia – Podzio, Michał Kalata, MG, Yaroslaw Pazuch, Maciek Hewelt (mniej wiecej taka). Tempo nie było komfortowe (sam bym pewnie takiego nie narzucił), ale wystarczające by kontrolować mapę i korygować wahnięcia motorniczych. Na lekką „pałę” biegłem tylko na punkt 58, ale jakoś się udało ;)


Znów ciekawie było na następnym rozbiciu – tym razem dostałem najtrudniejsze (to co Pasza), jakoś udało się to tam wymacać i straciłem do czuba około 15 sekund. (Tak trzeba było biec na to bagienko.)


Później rozpoczęła się już konkretna pogoń, w zasięgu wzroku Yaroslaw i Kali, gdzieś tam na horyzoncie Pasza z Podziem. Na widokowym byłem siódmy, ale…


…prawdziwych mężczyzn poznaje się po tym jak kończą. Trzeci czas pierwszej zmiany za Paszą i sekundę za Michałem Kalatą. Tego nie było za czasów najlepszej formy biegowej, kto pamięta Helusz ten wie, pozdrawiam tamten tramwaj (Grabek, Hewi, Gucio, Łukasz Gryzio).


Walka pozostałych zmian była bardzo interesująca, świetnie pobiegła na przykład Madzia Topór, ostatecznie skończyliśmy na trzecim miejscu. Brakło tak niewiele ;) Dziękujemy wszystkim za walkę i gratulujemy zwycięzcom – to był fajny dzień ;)


„Przygotowując” się do sprinterskich MP pobiegałem jeszcze fajną rozgrzewkę (znów kluczowe warianty na plus)

3D run 



oraz jeden trening ciągły na terenie osiedla Widok.


Sam bieg na sztafetach sprinterskich był taki sobie (bez większych błędów, jednak niepewnie na początku). W tak prostym terenie powinienem tego uniknąć. Boli przegrana z trenerem ;)**

[mapa chyba gdzieś zaginęła w akcji, albo nie wiem czy nawet ktoś ją odebrał]

Po południu temperatura ciała wynosiła 39 stopni i następnego dnia zająłem się piciem kawusi, kibicowaniem i śledzeniem rywalizacji ligowej. Kolejny już profesjonalnie przygotowany ranking po O-Games-ach i Limanowej.


Okres pomiędzy MP-kami, a Wawel Cup to tydzień obijania (połączony z chorowaniem) i trzy tygodnie trenowania, w którego skład weszło kilka solidnych wybiegań, crossów po lesie, trening na legendarnej pustynii


i wyjazd na Mistrzostwa Węgier. Analizując je w pigułce, bo już notka zaczyna przybierać rekordowe rozmiary.

- eliminacje middla + (mały plusik, generalnie solidny bieg, wysoka koncentracja w pierwszej fazie biegu, jeden spory błąd i do końca już czysto – pewne wejście do finału z 4. lokaty)


- finał middla --- (trzy minusy, piąta liga, fizycznie katastrofa, Bob na Bobie, zdecydowałem się zejść, by zebrać siły na finał) Wielkie gratulacje dla Daniela za tytuł Mistrza Węgier (nieprawdopodobny postęp). Gratulálok!***


- odmawianie alkoholu + (mały plusik, z kim trzeba, ile trzeba to wypiłem. Ale nie jest łatwo być gościem i jeszcze musieć biegać ;) ) 

- sztafety +++ (prawdziwa bomba, pierdzielnięcie w tych grubych udach było jak należy, teren idealny pode mnie, chyba jak dotąd najlepszy bieg w mojej „karierze”****, wygrana zmiana, mimo duuużo gorszego rozbicia na dzień dobry (1’), może z 25’’ błędu na całej trasie (20’’ i 5’’). 


Zabawnym momentem było, gdy poszedł do mnie drugi zawodnik z tej pierwszej zmiany – razem biegliśmy większość trasy i zaczęliśmy dyskutować łamaną angielszczyzną o biegu. On - wyśmigany Węgier z kratą na brzuchu i ja - pan prezes z całkiem sporą nadwagą.

Po biegu zabrałem się za rozdawanie ulotek, nie chwaląc się sam obskoczyłem wszystkie samochody na imprezie na 1000 osób.*****

- ilość zebranych po drodze mandatów -- (dwa minusy, bo tyle ich było)

Bardzo dziękujemy Denesowi i całemu klubowi z Salgotarjan za fantastyczną gościnę!

Tymczasem po dwóch tygodniach laby (Wawel Cup i Genua Trip) zabieramy się do „ciągłej walki o powrót do tego do czego się już i tak nie wróci”. Trzymajcie kciuki, cel na bieganie tego lata jest zgoła odmienny niż bywało to wcześniej! #roadtobefitagain

I powiem Wam, drodzy czytelnicy, że jakoś to bieganie zrobiło się naprawdę fajne. Jest inaczej niż kiedyś, ale kto powiedział, że w elicie dla wielu kończą się cele sportowe? Jest rywalizacja, jest sport, a nade wszystko jest wesoło. I z tym pozytywnym przesłaniem Was zostawiam, ahoj!

I foteczka (a konkretnie dwie) z moim nowym biegowym friendem Piotrem. Powodzenia na Półmaratonie Królewskim. Pociśniemy tam obaj!



* Karolu czekam na rewanż, a może na jakiś oficjalny pojedynek?
** Mimo to, był to kolejny solidny występ na miarę czołówki drugiej ligi.
*** Jakaś taka moda na blogasku na wielojęzyczność zapanowała ;)
**** xd zabawne sformułowanie, nie?
***** więc niech mi ktoś później nie mówi, że się nie da. Albo „czemu kierownik nie chodzi z ulotkami” – tu cytat.


środa, 19 lipca 2017

Alfabet Wawel Cup 36. (Od K do Z)!

K jak Kubuś i K jak Kijak, czyli nasz „parking director”. W tym roku obsługa parkingu była nie lada wyzwaniem stąd powołanie odrębnego stanowiska. Pierwszym oficjalnym dyrektorem parkingu została osoba z ogromnym doświadczeniem i kwalifikacjami. Do tego trzeba dodać, że Kubuś naprawdę miał poczucie odpowiedzialności za to co robi. Mamy nadzieję, że w przyszłym roku znów zgodzi się na posadę dyrektorską. Takich kierowników potrzebujemy!


K jak Karnia-Biskupska Ania – nasza wspaniała (abdykująca) pani prezes oraz nasz kochany financial director, bez niej wszyscy zgubilibyśmy się we wszystkich fakturach i wyliczeniach. Na fotografii już z nowym kolorem włosów ;)


P.S. Pamiętam o białym pendrivie, mój katalog na pulpicie też czeka jakby co!

i K jak Klucze, czyli planowane miejsce biura zawodów i zakwaterowania. Na niewiele ponad miesiąc przed zawodami, szkoła się wycofała i musieliśmy szukać lokum zastępczego. Kogo nie przeprosiłem osobiście za pewne kłopoty w Bydlinie, robię to tutaj. W przyszłym roku tematem zakwaterowania będzie zajmować się już inna osoba.


L jak Lulu, ciocia Lulu, której zawdzięczamy ładne biuletyny i wszelkie grafiki w trakcie zawodów. Jak wyglądał biuletyn autorstwa Michasia można się było przekonać 1,5 roku temu, gdy widniał przez jedną dobę na stronie ;) W ogóle, dziękuję wszystkim pięciu Spajderkom za pomoc. (Zuzi za to, że była grzeczna)!


L jak Listek Marta, czyli osoba z którą wybieram się do Starbucksa, a na Wawelu kierowniczka startu. Co do samego startu, to w tym roku praktycznie o nim nie słyszałem…, czyli ekipa spisała się na medal! Na zdjęciu dodatkowy serwis od ekipy startowej!


M jak Majka i M jak Morawska (na zdjęciach poniżej są obydwie), czyli zwyciężczyni aż 4 etapów w kategorii W21E. Pewną wiktorię w generalce przypieczętowała dobrym biegiem na Pustynii Błędowskiej. Gratulujemy i zapraszamy za rok!



M jak Mapy, tu pozwolę sobie zacytować samego siebie z jednego z poprzednich wpisów ;)

„Nie przyjadę na Wawel, bo tam są słabe mape” – mówią na ogół Ci, którzy od minimum 3 lat nie byli na imprezie. Mapy przed zawodami są kilkukrotnie testowane przez doświadczonych biegaczy. Znaczniki stawiamy 2-3 tygodnie wcześniej, aby móc sprawdzić dokładność i aktualność każdej z nich. Z roku na rok kładziemy nacisk na ich jakość, a nasz główny mapiarz i osoba odpowiedzialna za „aspekt techniczny” (Włodzimierz Dyzio) zyskuje coraz lepszą markę. Najlepiej świadczy o tym przyjeżdżająca do nas co raz większa ilość zawodników z zagranicy. Do tego na ostatni etap (aby wprowadzić coś nowego i aby WD mógł się jeszcze bardziej przyłożyć do pozostałych map), mapę przygotowuje dla nas Jacek Morawski, prawdziwa ekstraklasa polskich kartografów. W związku z tym, przyjedź, zobacz i ewentualnie później mów, że są kiepskie mapy.


M jak Miłość, to nazwa niegdyś popularnego serialu na TVPiS… yyy TVP (miało być bez polityki), dziś nie jest on już tak popularny. Mimo to poniżej kilka zdjęć sympatycznych parek z zawodów (a nawet jednego trójkąta)!





i w końcu M jak Międzynarodowe zawody – „Dwadzieścia flag z czterech kontynentów i flaga Polski, którą wszyscy mamy w naszych sercach.”


N jak Nowa Kaledonia, większej „egzotyki” na Wawel Cup jeszcze chyba nie mieliśmy. Merci d’etre venu!


I jeszcze opinia od naszych gości (na pewno sponsorowana).


O jak Olkusz, gmina na terenie której rozegrane zostały trzy pierwsze etapy. Przedstawiciele miasta Olkusz byli z nami ze swoim stoiskiem na rabsztyńskich błoniach. Dziękujemy za wsparcie w organizacji imprezy i pozdrawiamy (a dokładniej ja pozdrawiam) miłą Panią, która pstrykała foteczki.


oraz O jak Oglądanie GPS-ów. Przepraszam za ten sadyzm z mojej strony, ale myślę, że zdjęcia summa summarum humorystyczne!




P jak Pabianice, czyli według list startowych najliczniejsza grupa zawodników (30), na drugim miejscu O jak Orientuś (29). Przedstawiciele ziemi łódzkiej dopisali na tegorocznych zawodach!



P jak Piotrowski Radzio, który walczył przez całe zawody o zwycięstwo w klasyfikacji dobiegów, a  dość nieoczekiwanie (bo konkretnym Bobie Węgra Csaba w najbardziej technicznej części ostatniego etapu) ostatecznie wskoczył na podium męskiej elity. Gratulujemy wytrwałości!


P jak Pudełek Błażej, czyli ambitny wolontariusz, który wraz z kierownictwem walczył na rabsztyńskich błoniach do wpół do dwunastej. Młody z pomysłem i inicjatywą! Ktoś jeszcze chce zostać wolontariuszem na przyszłorocznej imprezie ;) ?


P jak Podziński Rafał, czyli „umarł król, niech żyje król”. Na foteczce widać walkę w trakcie jednego z PIĘCIU etapowych zwycięstw (a konkretniej zgonika po nim). Średnie w Jaroszowcu czy na Pustynii robią wrażenie <zwłaszcza biorąc pod uwagę walkę na wielu frontach>! Chapeau bas!


i wreszcie P jak Pustynia, czyli niewątpliwie jeden ze smaczków tegorocznej imprezy. Technicznie sama w sobie była raczej prosta (jej okolice już zdecydowanie nie). ale marketingowo i krajobrazowo to była prawdziwa bomba!


R jak Rabsztyn, czyli klimatyczne miejsce od którego rozpoczęliśmy zmagania. Petarda wizerunkowa na dzień dobry, w lesie aż tak technicznie nie było, ale wszyscy później zobaczyli, że to była tylko rozgrzewka!


S jak Skałki, których na Wawelu jak zwykle nie mogło zabraknąć! Typowo jurajski etap zaplanowany został na dzień czwarty. W przyszłym roku skałek będzie więcej!


S jak Sklepy – duża ilość różnych O-sklepów z pewnością dodała kolorytu naszym centrum zawodów. Każdy mógł znaleźć coś dla siebie.



S jak Skorupa Marek (pseudo Skorupa) – nasz dzielny dyrektor techniczny. Na załączonym obrazku wraz ze swoimi pracownikami, w niedzielę niedużo przed północą!


P.S. Galeria pt. "Marek łowca bramek" dostępna na priv ;)

i S jak Speaker, co by nie powiedzieć, czy się styl komentowania podoba czy nie, to jednak pan cyc prezes speaker jest niewątpliwie charyzmatyczną postacią, która dodaje kolorytu imprezie. Spełniać swoje marzenie z dzieciństwa może raz do roku i jest to dla niego duża frajda.

„I słyszymy kolejnego zawodnika, słyszymy jak łamie gałęzie, zaraz podbiegnie do ostatniego punktu, czy złamie nasze serca?!”

„W tej kategorii różnice już trochę większe, ale to są pięciodniowe zawody, wszystko się może zdarzyć, tak jak w Marchewkowym polu Lady Pank!”


T jak Treningi, w których wzięła udział całkiem duża liczba zawodników. Chcemy rozwijać nasze zawody, proponując zawodnikom różne dodatkowe atrakcje. Pomysłów jest co niemiara!


T jak Tatry-orienteering 2017, we wrześniu (trzy miesiące po tym jak nasza impreza widniała w kalendarzu World of O) dowiedzieliśmy się, że organizatorzy wyżej wymienionych zawodów „wpakowali się” w nasz termin. Zaproponowałem współpracę i przełożenie terminu, a po odrzuceniu… za punkt honoru postawiłem sobie cel, żeby tak poprowadzić promocję, by fakt organizacji tych zawodów nie wpłynął na naszą frekwencję. Czy się udało? Sami oceńcie ;) #844


i wreszcie T jak Teren, teren i jeszcze raz teren! 

"W tym roku naszym celem jest przygotowanie takich zawodów, aby każdego dnia na biegaczy czekało „coś innego”. To różnorodność terenu, dobór centrum zawodów w ciekawych miejscach i orientacja na wysokim poziomie mają sprawdzić, że Wawel Cup 36. zostanie zapamiętany na długo!"

To właśnie jego różnorodność i trudność miała być smaczkiem tegorocznych zawodów. Za rok będzie więcej skałek, ale też postaramy się jak najbardziej urozmaicić zawody!



U jak Urbaniak Krzysztof, czyli prezes Polskiego Związku Orientacji Sportowej. Dziękujemy za wsparcie i pomoc przy zakończeniu. W tym roku wróciliśmy do CTZ i bardzo się cieszę z tego powodu, mam nadzieję na owocną współpracę w przyszłości!


W jak Widoki, które towarzyszyły nam w trakcie zawodów. Celowo centra zawodów z najbardziej widowiskową scenerią wybraliśmy na początek i na koniec. Nic tylko podziwiać widoki i poczuć atmosferę zawodów!



Z jak Zielczyńśka Helena, czyli najstarsza zawodniczka tegorocznej imprezy (90lat). Mam nadzieję, do zobaczenia za rok! Na zdjęciu poniżej cała piątka zawodników z najstarszych kategorii W80 i M80!


i wreszcie Z jak Zespół, bo całe wydarzenie nie odbyłoby się gdyby nie praca grupy ludzi. Podziękowania należą się wszystkim, którzy pomagali w trakcie imprezy oraz wszystkim tym, którzy dołożyli swoją cegiełkę przed np. rozdawali ulotki bez prychania czy zgłaszali swoje pomysły i inicjatywy. Dzięki Wam!






To już koniec bejbe skończyło się love story! Tegoroczna edycja już za nami, a jak się pewnie spodziewacie mnóstwo przemyśleń i pomysłów na kolejny rok jest już w naszych głowach! Do zobaczenia!


Ahoj czytelnicy! Kolejny odcinek pt. „Nie sztuka dobrze biegać jak się jest w formie, sztuką jest umiejętnie się przeciągnąć jak się jest grubym cieniasem!” już wkrótce! Zapraszam!