środa, 5 października 2016

1. + 15. to nie równa się 4 x 4.

Tajemniczy tytuł zostanie rozszyfrowany w dalszych akapitach dzisiejszej notki. Za równo tytuł, jak i pomysł na wpis powstał znacznie wcześniej, a szczytem nietaktu ze strony topowego bloggera jest wrzucanie relacji z MP ponad 2 tygodnie po ich zakończeniu. No cóż nie będę tym razem wrzucał bukietu pewnych kwiatków, ani tłumaczył się tym, że jestem człowiekiem zabieganym. Owszem lubię bieganie, ale bez przesady.


Po tym jak z podniesioną głową wracałem z Jakuszyc z 24. miejscem i NKL-em miałem przyłożyć się do treningów i na kolejnych MP wypaść znacznie lepiej. Niestety zupełnie to nie wyszło. W tygodniu po KMP złapało mnie małe przeziębienie przez które musiałem odpuścić 2 treningi. Na piątkowych podbiegach było już elegancko, w sobotę natomiast odbyły się Mistrzostwa Małopolski, gdzie w swojej kategorii zdobyłem tytuł mistrzowski. Przegrałbym z biegnącym na tej samej trasie przyszłym Mistrzem Polski o 1’12’’, zostawiając na dziewiątce około półtorej minuty. Jakkolwiek w drugiej części trasy przypomniał się stary dobry Garbacik, który połykał górki i naprawdę śmigał po lesie. To był dobry, słoneczny dzień!


1.M.Garbacik       51.31
2,B.Gajkowski     +3.18
3.M.Dzik            +11.15

Następnego dnia zrobiłem z kompanem rozbieganie po pustyni, tam gdzie męczyć się będą rzesze uczestników przyszłorocznego Wawel Cup. (Zachęcam, polecam, propsuje.) Kolejny tydzień niestety był jeszcze mniej różowy, gdyż nie wyszedłem biegać ANI RAZU. Choróbsko zmogło mnie konkretnie, a szkoda bo myślę, że miało to kluczowy wpływ na mój start w klasyku. Biegnąc pierwszego longa w seniorach, nie bez przyczyny czułem się jakbym biegał ultralonga w młodzieżowcach. Tym razem był on ze startu indywidualnego, nogi były świeże, czasu na doczytanie wszystkiego dużo, teren dla mnie bajkowy. Nie będę rozkładał na czynniki pierwsze mojego występu, bo i po co. (Jak kiedyś będę w wyższej klasie rozgrywkowej, znów się będę w to bawił.) Nie da się ukryć, że do połowy trasy biegłem bardzo dobrze. Jeszcze na szesnastce miałem 47 sekund straty do Paszy, jednocześnie będąc przed Podziem i Kubą. Druga liga przed pierwszą (dokładnie ligi, w których występują zawodnicy M21E opisane będą w kolejnym poście). Później niestety zaczęły się błędy. Co gorsza z każdym kolejnym kilometrem i łykiem wody gardło bolało mnie coraz bardziej. Na nic nie przydał się chwilowy wózek za Olejem, lepiej już chyba było dalej telepać się swoim tempem, niż na chwilę przyspieszyć, a później chodzić. Dobiegłem do mety wyczerpany, ze stratą prawie pół godziny. Rzycie!

1.W.Kowalski     90.45
2.B.Pawlak        +4.07
3.M.Olejnik        +4.31
...
15.M.Garbacik   +29.35


Gdyby (ach to gdyby) ostatni tydzień przed zawodami wyglądał inaczej, to myślę, że powalczyłbym o pierwszą dziesiątkę, stać mnie było na to. Ale wiecie, moi drodzy czytelnicy, czego mi po tym biegu najbardziej szkoda? Tego, że w marcu, w tym terenie spokojnie walczyłbym o TOP5. Tego, że taki cudowny teren, taki teren wybitnie pod Michała Garbacika nie mógł być na MP wtedy kiedy byłem w formie. Zawsze były jakieś pieprzone Lidzbarki, Kwidzyny, Młodzieszyny, wrocławskie krzaki czy wreszcie Jakuszyce. Fuck.


Tego dnia za to, mój klubowy kolega dokonał tego, czego mi się nigdy nie udało. Marek rozwalił M20,a mało brakło a mielibyśmy w tej kategorii dublet. Wielkie brawa Panowie! Mając sztafetę z dwoma medalistami, miałem jedno zadanie - doprowadzić się do używalności na następny dzień. Według wszelkich zasad zdrowego rozsądku mocno przeziębiony człowiek, który walnął 120 minut popijąc, co chwila zimną wodą powinien się rozłożyć na amen, nastąpiło jednak coś zupełnie innego, organizm się zmobilizował, by walczyć następnego dnia. Pozdrowienia dla pani Anii Dyzio!


Na biegu sztafetowym, nastąpiła jednak powtórka z Jeleniej Góry (na szczęście niezupełnie). Już na pierwszym rozbiciu ogarnęła mnie głupawa i byłem prawie 3 minuty w plecy. Szczerze to nie wiem, co wtedy myślałem, nie myślałem. Jednak prawdziwych mężczyzn poznaje się po tym jak kończą, w związku z tym nasz zespół nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Dalszą część trasy przebiegłem niemal perfekcyjnie, powoli mijając kolejnych biegaczy. Kopyto dawało ładnie. Znów miałem trochę dłuższe rozbicia, a stratę 3 minuty na mecie po podbiciu drugiego punktu brałbym w ciemno. Nie jestem zadowolony z całego biegu, ale z tego, że już nie po raz pierwszy pokazałem charakter i po niepowodzeniu była walka!


1.J.Morawski         41.00
2.R.Niewiedziała    +0.02
3,P.Paszyński       +0.04
...
9.M.Garbacik        +3.11

W ten oto sposób po raczej średnich biegach moim i Marka po dwóch zmianach byliśmy na 6. miejscu. Czyli to, co przy dobrych wiatrach zakładaliśmy. Sądziliśmy, że ciężko to będzie utrzymać, jednak po wybitnym biegu (nie boję się użyć tego słowa) Jeana Barana skończyliśmy zmagania na 4. pozycji. Aż strach pomyśleć co by było, gdybyśmy wszyscy trzej pobiegli wybitnie. Pozwolę sobie wrzucić te wspaniałe przebiegi:


I radość barwnych postaci, z WKS Wawel Orieentering Team


I jeszcze dwa cytaty:
W.D.  „To czwarte miejsce warte jest więcej, niż drugie w innej kategorii.”
M.S.  „Dobrze, że jeszcze nie było medalu, bo tak to nie byłoby motywacji , można byłoby iść już do grobu, i ch*j”

A ja pozwolę sobie rozwiązać zagadkę matematyczną postawioną w tytule: to pierwsze i piętnaste miejsce nie równają się mojemu czwartemu miejscu (osiągniętemu przeze mnie w seniorach po raz czwarty).


To czwarte miejsce jest jednym z ważniejszych wydarzeń tego sezonu. Jest uwieńczeniem naszych 4 wspólnych lat trenowania. Jest motywacją na kolejny sezon. Walka o miejsce w sztafecie będzie interesująca, bo przecież dochodzi Marcin, może Lupek, może Gajko, może Paweł Moszkowicz, może Toporro? Może będą trzy sztafety, we will see!

Na zakończenie kolejnych MP wypadałoby podać wyniki drugo-ligowych zmagań, otóż: 2:0 z Charubą, 2:0 z Tomkiem Pabichem, 2:0 z Hewim, 1:1 z Mariuszem Pabichem, 1:1 z Tadziem i 0:1 z Karolem, który tym samym, tak świetnym biegiem wywalczył awans do pierwszej klasy rozgrywkowej.

A piosenka dla wszystkich, tych którzy lubią się wzruszyć.

środa, 14 września 2016

Jakuszyce - z tarczą czy na tarczy?

Opisując te zawody, warto przytoczyć zeszłoroczną notkę z moich zmagań w Jakuszycach i Jeleniej Górze. Niewątpliwie byłem wtedy w dużo lepszej formie, jednak wyniki były katastrofalne. W tym roku było inaczej, pobiegłem na miarę swoich możliwości, ale po kolei.

Teren w którym przyszło nam się zmagać był wybitnie „nie pode mnie”, stąd oczekiwań wielkich nie było. Zmagania z Jakuszycami zaczęły się od klasyka, nie da się ukryć, że miałem świadomość kogo mam na plecach i chciałem zobaczyć „jak to jest”. W ten o to sposób do jedynki pobiegłem bez błędu na wejściu, jednak trochę złą drogą, wpakowując się w największy syf. Już w połowie przebiegu na dwójkę miałem na plecach późniejszego zwycięzcę. W ten o to sposób rozpoczęła się rozpaczliwa walka o przetrwanie, przetrwanie na plecach. Walka od samego początku skazana na niepowodzenie. Tempo było nieprawdopodobne, a dla mnie liczyła się tylko chwila. Nie myślałem o przyszłości, walczyłem o życie, tu i teraz. Jak już wspomniałem wcześniej, walka ta od początku skazana była na niepowodzenie i już biegnąc na dziesiątkę odpuściłem. Teraz na serio: fajnie było przetrzeć się w tym terenie przed sztafetami i zobaczyć jak biega mistrz.


Później była pora na odsapnięcie i kontynuowanie samotnego biegu. I tak, zrobiłem niestety błąd wariantowy na PK12, lekki błąd na PK14 oraz wybrałem zły pode mnie wariant na długim przebiegu. Mimo to kontynuowałem bieg równym, chodzonym tempem z pewną nawigacją. Niestety na PK 17 nie udało się wejść od niczego. (Pozdrawiam Fridrisia Nicze) i zaliczyłem małe spotkanie z Bobem. Dodatkowo w trakcie czesania, spiker dekoncentrował mnie opowieściami o tym, jak to mój wcześniejszy towarzysz podróży właśnie wbiega na metę. Szkoda tego błędu bo gdybym szedł na krechę i jak należy wchodził od kamienia to byłbym dobre kilka pozycji wyżej i z całego biegu mógłbym być zadowolony.

+ około 5'30'' błędu

Po biegu przybiegłem upi**dolony jak świnia (przepraszam młodszych czytelników za język, ale tu inne słowo nie pasuje), byłem wyjechany fizycznie, psychicznie i wizualnie. Na mecie wzbudziłem spory ubaw u kartografów wykonujących mapę na te zawody, którym dziękuję za #przygoda. Pod względem sportowym, tym razem Jakuszyce chyba jednak na +. Znów przegrałem pół godziny, jednak tym razem na ponad 2 kilometry dłuższej trasie, no i nie z Radziem, tylko z Rinem. To chyba coś!


1.B.Pawlak         77.50
2.W.Kowalski      +0.54
3.J.Petrzela        +4.11
24.M.Garbacik   +34.09

W sobotnie popołudnie postanowiłem najeść się za wszystkie czasy + wykupić nocleg w kwaterze -regeneracja rzecz podstawowa. Następnego dnia przed startem delikatnie powiedziawszy byłem ładnie przestraszony. Wiedziałem, że teren mi nie leży, że będzie mocno, jaka odpowiedzialność na mnie czuwa oraz że jestem najsłabszym ogniwem sztafety. Nie da się też ukryć, był to jeden z ważniejszych startów w tym roku. Z reguły walczę o pietruszkę, a tu była realna szansa na medal. Dodatkowego smaczku dodaje fakt, iż jednym z moich celów długoterminowych jest nieoddanie miejsca w pierwszej sztafecie (tj. reprezentowanie takiego poziomu, który będzie gwarantował dobre w niej bieganie). Pełny obaw, ale wiedząc, że po prostu muszę robić swoje, ruszyłem.


Już na jedynkę budowniczy pokusił się o ciekawe rozwiązanie. Trzy rozbicia i dwa warianty, na każdy z punktów można było biec na kreskę lub dookoła drogą. W ten o to sposób jeszcze przed rozbiciami na punktach stawka podzieliła się na dwa sznurki. W naszym tramwaju motorniczym był Rafał Podziński, drugi biegł Fryderyk Pryjma, trzeci Michał Kalata, ja po zadyszce na pierwszych metrach usadowiłem się na czwartym miejscu. Hierarchia w tramwaju była zachowana. Fryderyk aż bał się lidera wyprzedzać, a jak to się skończyło można śledzić na Bobie.


Już na jedynkę było rozbicie, jednak tempo Podzia,w porównaniu z wcześniejszym bieganiem za Bartkiem Pawlakiem było na tyle komfortowe, że byłem w stanie wszystko spokojnie doczytywać. I tak biegnąc na dwójkę spodziewałem się, że budowniczy nie pójdzie na łatwiznę i będzie podwójna wajcha. Nie myliłem się. Gorszy układ kosztował mnie bezpowrotnie kontakt z TOP-em, jednak dalej miałem robić swoje i robiłem.


Spokojnie biegnąc na trójkę, dałem się dogonić dość sporej grupie, w ten sposób uformował się drugi tramwaj. Do którego wsiadali i z którego wysiadali nowi zawodnicy. Wysiadł – prezes Charuba, po drodze zgarnięci zostali zawodnicy Orientusia I i Dębowa. W ten o to sposób ekipa biegła razem znów zachowując hierarchię w tramwaju – motorniczy Gucio, później Tomek Tkaczuk, wymiennie Gryzio z Garbacikiem i na końcu stary wyga jeśli chodzi o pierwsze zmiany – Maciek Hewelt. Problemy z kontrolowaniem miałem na długich przebiegach, stąd błąd na ósemkę i utrata korzystnej pozycji w tramwaju na dwunastkę. To kosztowało mnie kontakt z ekipą, gdybym leciał za Robertem utrzymałbym się w tym wózku. Byłem z ekipą trochę za nim, a cały tramwaj miał bliższe rozbicie, stąd strata około 20-30 sekund, której nie zniwelowałem już do mety (Znów za widokowym raczej dłuższa wajcha.)


Wyniki pierwszej zmiany

1. M.Olejnik     42.34
2. M.Kalata      +1.21
3. Y.Pazhukh   +3.13
...
9. M.Garbacik  +3.56


Układ dla Wawelu zrobił się fantastyczny – Śląsk i UNTS daleko, poza grą. Orientuś i Azymut w zasięgu wzroku, drugie miejsce było do zdobycia z pal… Nie wyszło, NKL, w takiej sytuacji, zdarza się. Wielkie brawa dla Azymutu, stworzyliście świetny team, klasowe zwycięstwo!

A ja jestem zadowolony z tego biegu. Kiedy trzeba potrafiłem przycisnąć, kiedy trzeba na swoich rozbiciach zachowywałem spokój. Lubię te pierwsze zmiany, to już kolejny bieg gdy przebiegam w szerokiej czołówce (OOM, EYOC, Helusz, Nowy Dwór Wejherowski, Czech Cup). Jelenia Góra była wypadkiem przy pracy, będę walczył o to miejsce w składzie. Tym razem mentalnie z Jakuszyc wracam z tarczą, moje biegi nieporównywalnie lepsze niż rok temu. W zachwyt nie popadajmy, bo wciąż straty bardzo spore, ale chyba mogę być zadowolony : )

Zaległości blogaskowe już nadrobione, a co dalej? Dalej w planach klasyk i SZTAFETY, mam nadzieję że szybko wyzdrowieję, wystartuję i będzie ogień i jeszcze piosenka – Alicja Majewska dla wszystkich poszukiwaczy wrażeń i skarbów!


Puchar Maziołka

Dzisiejszy wpis oprócz relacji z zawodów zawierał w sobie będzie odrobinę wspominek. Jakże mogłoby być inaczej w momencie, gdy po ponad 5 latach wracam na legendarny w mazowieckich kręgach – Kozel Cup.

Ostatni raz na tych zawodach startowałem jeszcze wtedy, gdy Lupek z Włodarem bili się o pierwsze miejsce, mniej więcej wtedy, gdy ten drugi łamał 31 minut na dychę. Gdy ostatni raz startowałem na tych zawodach to pierwsze zwycięstwa (trzy na jednych zawodach!) odnosił Jean Baran. Gdy ostatni raz startowałem na tych zawodach to prawie trzynastoletnia Kate Bugaj koniecznie chciała iść ze swoim dużo starszym kolegą na start. I wreszcie gdy ostatni raz startowałem na tych zawodach to właśnie wtedy zacząłem dołączać do krajowej czołówki. Przed sezonem wydawało się, że dominatorów w kategorii będzie trzech (Wołowczyk, Dzioba i Szuryga) i, że wystarczy wygrać na OOM, z którymś z tych zawodników by zdobyć medal. Na Kozel Cup konfrontacja z Bartkiem Szurygą przez dwa etapy przebiegała pozytywnie (dwa zwycięstwa), a ostatniego dnia dostałem baty od wszystkich (6. miejsce). Parchatka okazała się za trudna, dodatkowo płaciłem frycowe za obieganie pól uprawnych. To były czasy! Aż wrzucę mapki!




I foteczka.


A stąd „Puchar Maziołka”, gdyż komuś pomyliła się niegdyś nazwa tych zawodów, z rozgrywanym niewiele później Grand Prix Mazowsza. Na którym to z kolei panowała lidzbarska pogoda, wygrałem jeden sprint, biegałem jak pizza po mazowieckim lesie i na którym to na sekundy o zwycięstwo rywalizowali Łukasz Wiśniewski… i pojawiający się w stawce właśnie wtedy Krzysztof Rzeńca. Dla ciekawych również wrzucam mapki.




W tym roku na Puchar Koziołka udaliśmy się w ramach rekonesansu przed MP. Nocny celowo odpuściłem. Nie jestem gotowy by biegać mocno trzy dni z rzędu + wypadało w piątek iść do pracy. Dzięki temu moje postanowienie o niebieganiu nocnych zostało utrzymane, jeśli chodzi o MP wciąż się waham : ) Biorąc pod uwagę teren z middla, był to ewidentnie „mój teren”, to w takim terenie zawsze lubiłem biegać najbardziej i orientacja nie sprawiała mi dużych problemów. Niestety na dwójkę odwiedził mnie Bob (3’ błędu) i było już po piwie, później bieg miałem już dobry, nie idealny ale naprawdę dobry), ale taki błąd niestety dyskwalifikuje Twój bieg. Przegrałem miedzy innymi z Karolem i Tadziem, wygrałem za to z Prezikiem. No nic, pozostało nastawić się na klasyk!

1. M.Dutkowski   41.36
2. W.Dudek         +0.01
3. K.Galicz         +3.08
6. M.Garbacik     +5.07


Na klasyku już od pierwszych kilometrów nogi miałem ciężkie i nie biegło mi się zbyt dobrze. Do punktu numer 11 strata do Mikołaja wciąż nie była duża. Później odcięło mi paliwo i to odcięło tak konkret (jak w biegu na Babią). Człapałem już strasznie, do tego głowa już totalnie nie pracowała. W ten o to sposób strata z 3 minut na półmetku wzrosła do 15… Na końcówce dogonił mnie jeszcze Wojtek Dudek, za którym doczłapałem do mety, dostając prawie dubla na dobiegu. Jakkolwiek znów ten bieg, biorąc pod uwagę poziom mojego zmęczenia można oznaczyć hasztagiem #przygoda.

1. M.Dutkowski    76.51
2. W.Dudek         +5.45
3. M.Garbacik    +15.09


Podsumowując te zawody, w przeciwieństwie do Balticu nie jestem zadowolony z tego co biegałem. Na middle'u zrobiłem jeden duży błąd, na klasyku totalnie brakło mi paliwa. Z pewnością jednak teren wciąż jest jednym z moich ulubionych i zobaczymy jak będzie na MP. Realne, ambitne cele to: TOP10 na klasyku i TOP6 na sztafetach, ale przede wszystkim dobre, udane biegi. Czy uda się je zrealizować? Cytując klasyka – „zobaczymy”!

A na dziś piosenka dla wszystkich tych, dla których powoduje ona pojawienie się uśmiechu na ustach!


środa, 7 września 2016

Udany Baltic Cup

Z czysto dziennikarskiego obowiązku wspomnę jeszcze o Biegu na Babią Górę. Będzie to pierwszy z letnio-jesiennych biegów z hasztagiem #przygoda. Do połowy biegu biegło mi się bardzo dobrze, powoli mijałem kolejnych rywali, awansowałem już z 30. na chyba 16. miejsce (w każdym razie był kontakt wzrokowy z TOP12). Później jednak zaczęło co raz bardziej brakować mi sił, a tym razem nie miałem ze sobą żadnego żela. Mijali mnie wszyscy, czy to starzy czy młodzi (kobiety na szczęście nie). W ten o to sposób zdobyłem ten szczyt po raz drugi w życiu, po raz drugi w beznadziejnych warunkach, lecz tym razem z czasem około 10 minut gorszym. Jak bardzo brakowało mi cukru, doskonale pokazuje fakt, że zjedzenie 10 borówek podczas zbiegania ze szczytu sprawiło, że narodziłem się na nowo. Jak zwykle trzeba było zbiec na dół do stacji narciarskiej, gdzie wreszcie można było się przebrać i zjeść dobrą pizzę. Fajna to była #przygoda. Jeszcze tam wrócę, mocniejszy…


Na Baltic Cup jechał bez wielkich oczekiwań. Chciałem pojawić się choć na chwilę na obozie, jak co roku „zaliczyć” nadmorskie zawody, no i zobaczyć na co mnie aktualnie stać. Pierwszego dnia przyszło mi się zmagać w middle'u. Początek trasy pokonałem niepewnie, ale bez większych błędów. Pierwszego babola walnąłem na piątkę, po czym ruszyłem w pogoń za Mateuszem Wensławem (gonił mnie na dwie). Pokonując trasę na jego plecach, momentami nie byłem w stanie czytać mapy. Zrobiliśmy spore błędy na PK 10 i PK 12, po drodze zgarniając jeszcze młodego Szweda i Jaśka Barana. Końcówka, od PK 14 to już zmiana prowadzenia pomiędzy naszą czwórką i ściganie się do mety. Na minus spora ilość błędów, na plus fakt, że jestem w stanie utrzymać w lesie tempo mocnego eliciarza. Dobry omen przed zbliżającymi się biegami sztafetowymi. Tego dnia (podobnie z resztą jak każdego) przegrałem z Bartkiem Pawlakiem sporo ponad minutę na kilometr. Różnica poziomów dość znaczna. Cieszy jednak kontakt z resztą stawki i radość z biegania.

1.B.Pawlak     35.27
2.M.Olejnik     +2.21
3.D.Krapivko   +2.55
10.M.Garbacik +8.47


Drugiego dnia czekał na nas bieg klasyczny, bo bardzo czystym lesie. Tym razem całą trasę biegłem sam. I jak na początku włóczyłem nogami, tak z czasem było co raz lepiej. Zrobiłem dwa błędy na wejściu (oba po około 40’’), jeden przebieg z lekkim zawiasem (marsz, bo nie byłem pewny czy dobrze jestem) i dwa błędy wariantowe, raz niepotrzebnie zszedłem na drogę, drugi raz trzeba było obiec, a ja waliłem krechę. W sumie około 3’ do urwania. Znów jestem zadowolony, tym razem z samotnego biegu, z nawigacji i z tego, że z każdym kolejnym kilometrem miałem co raz więcej sił.

1.B. Pawlak      58.00
2.D.Krapivko    +2.16
3.M.Wensław    +2.41
11.M.Garbacik +12.46


Ostatniego fizycznie już nie miałem prawie w ogóle sił, bardzo pomogło mi, że już na PK4 dogonił mnie Michał Kalata. Zmobilizowałem się do szybszego biegu za nim, a gdy już mi uciekł do mocnego napierania samemu. W ten o to sposób dogoniłem go jeszcze dwa razy. Był to bardzo dobry bieg pod względem technicznym, zwłaszcza od tego czwartego punktu (na tych pierwszych czterech można było urwać (1’30’’-2’), od czwórki już niemal idealnie, wszystko tak jak chciałem. I z tego również jestem zadowolony, ale udane zawody!

1.B.Pawlak          46.34
2.M.Olejnik          +2.20
3.R.Piotrowski     +2.38
10.M.Garbacik     +8.41


Żeby nie było aż tak wesoło, nie da się ukryć, że jednak te straty są dość ogromne ;) Jakkolwiek powrót do biegania cieszy. Z kolei w poniedziałek wystartowałem jeszcze w sprincie. Jednak ani nogi, ani głowa nie miały już ochoty na szybkie bieganie. Stąd strata ogromna, jak za czasów gdy byłem tam gdzie słońce nie dochodzi. Dodatkowo bardzo nie lubię takich sprintów, gdzie wszędzie są jakieś rabatki i żywopłoty, a ja za każdym razem zastanawiam się, czy aby tędy wolno?


1. M.Olejnik       18.37
2. D.Krapivko    +0.34
3. M.Biederman +1.18
...
6. M.Garbacik    +4.08

I foteczki, kilogramy nadciągają!



I jeszcze foteczka, która pokazuje, że ciężko trenuję, w różnych pozycjach!


Zaległości blogaskowe, już prawie całkiem nadrobione, a na dziś, w związku ze zbliżającym się spotkaniem klasowym, dedykacja dla mojego wychowawcy pana Liszowskiego!


wtorek, 6 września 2016

Wychodząc z pośladków

Wracam do nadrabiania blogoskowych zaległości, których nie zostało już tak wiele! Przenieśmy się do czasów po "Pierwszych takich mistrzostwach". W ramach kontynuacji sprinterskiego biegania pobiegałem na czerwcowym etapie rozgrzewki. Wypadłem znacznie lepiej niż rok wcześniej, co więcej problemy oddechowe jakoś bardzo nie doskwierały. Fajna zabawa i zwycięstwo!


Z kolei w niedzielę na Mistrzostwach Śląska musiałem uznać wyższość nie tylko Tomka Jurczyka i Kuby Drągowskiego, ale również Bartka Gajkowskiego. Od połowy trasy problemy astmatyczne się nasilały i tym razem nie udało się zdobyć medalu.


Apogeum/ekstremum mojej cienizny, a jednocześnie najdalsze zagłębienie się w ciemny tunel należy przypisać na drugi etap Grand Prix Polonia. Gdzie na swojej drodze bardzo czytelnej mapie zgubiłem się trzy razy, oddychać zbyt dobrze nie mogłem, a myślami byłem bardziej na zbliżającym się Wawel Cup. Tego też dnia stwierdziłem, że jestem bardziej organizatorem niż biegaczem (co potwierdza między innymi znaczna ilość tkanki tłuszczowej na brzuchu).



Kolejnego dnia biegło mi się już znacznie lepiej. Pomyślałem sobie – „ale jestem słaby”. Fajne uczucie czuć to, że jesteś słaby, jednocześnie mogąc oddychać. Postanowiłem też, że rozpoczynam przygotowania do operacji LONG2017, będą one trochę inne, bez hasztagów i z mniejszą ilością foteczek. Mam nadzieje, że równie pasjonujące, a przede wszystkim z innym zakończeniem. 


W trakcie Wawel Cup biegałem nie dużo, jednak dla własnej sprawności psychicznej i fizycznej wychodziłem na krótkie rozbieganka. Najbardziej w pamięci zapadnie mi to wtorkowe na które wyszedłem o w pół do dwunastej. Od razu po Wawel Cup postanowiłem wziąć się za siebie i powoli wychodzić z pośladków.


W tym celu rozpisałem sobie trzy-tygodniowy plan treningowy, który w dużej mierze udało się zrealizować. W planach było wykonywanie coraz to dłuższych rozbiegań i "pobudzanie się startami na mapie". W tym czasie wystartowałem w pierwszej edycji Iron Cup (jeden niezły bieg i jeden fatalny). Poniżej ten niezły.


Kolejny weekend to kolejna już w moim życiu Limanowa Cup. Tym razem stawka elity była silna, co pozwoliło mi zobaczyć ile mi jeszcze brakuje. A brakuje sporo! Pierwszego dnia było słabo, czułem się kiepsko astmatycznie + duży gorąc uniemożliwił mi szybkie bieganie.


Drugiego dnia biegło mi się naprawdę dobrze. Abstrahując od średniej dyspozycji fizycznej, najważniejsze było to że byłem w stanie biec równym tempem, łapać flow, a przede wszystkim czuć satysfakcję z tego co robię. Czuć radochę. Spacerując już od mety do centrum zawodów pomyślałem, że „zaje*iście będzie jak przegram z Olejem mniej niż 10 minut”, udało się i to prawie idealnie! Do czwartego Fryderyka Pryjmy straciłem niecałe 3 minuty, to już coś!



Z kolei w niedziele nogi piekły mnie już tak bardzo, a teren nie zachęcał do szybkiego biegania. Dodatkowo przytoczę anegdotę z trasy biegu, która pokazuje, że ideał* sięgnął bruku. „Podbiegając pod górę” zauważyłem nadbiegającą z drugiej strony zawodniczkę WKS Śląsk, po podbiciu punktu biegaczka zaczęła zmniejszać odległość. „Kończ waść wstydu oszczęść” – pomyślałem i przeszedłem do marszu. Resztę trasy pokonałem już na sporej wy… na sporym rozluźnieniu, a… mało by brakło a wylądowałbym w TOP6 generalki. Niecodziennie przegrywa się 15 minut z Karolem Galiczem i 10 minut z Gajkiem, ale też niecodziennie (a właściwie jak dotąd nigdy) wygrywa się jednocześnie z Krzyśkiem Wołowczykiem i Piotrkiem Parfianowiczem. Powrotu do formy życzę!


Końcówkę miesiąca spędziłem bardzo miło, sportowo powoli wychodząc z tych symbolicznych pośladków. Z początkiem sierpnia zaczęło pojawiać się światełko w tunelu. No a teraz, jest już co raz lepiej!

*mam tu na myśli górala, który kiedyś potrafił odpoczywać na podbiegach

I kawałek na dziś, tym razem Budka Suflera.


czwartek, 1 września 2016

Wawel Cup 35.

Na blogasku Cycerona nie może braknąć, choćby małej wzmianki o tegorocznym Wawel Cup. Tym razem daruję sobie „enjoy orieentering” i „the biggest competition in Poland”, postaram się jednak z prywatnego punktu widzenia spojrzeć na parę aspektów tej imprezy. (Której to organizacja niewątpliwie była dla mnie ważnym zadaniem i sporym wyzwaniem).

Planowanie&Realizacja&Reagowanie

Dla mnie trzy słowa klucze potrzebne do zorganizowanie imprezy na takim poziomie. Wszystko wcześniej musi być dokładnie zaplanowane i przemyślane, krok po kroku należy realizować zadania… a w razie wypadku umieć zareagować. Jak to wyszło w tym roku? Nie mnie to oceniać, zapytajcie ludzi co biegali : ) Ja dziś chciałbym podzielić się z Wami przemyśleniami na kilka tematów.

Zespół

Gdyby nie zespół ludzi, ludzi z zapałem do pracy, ale też dużej grupy ludzi ze sporym doświadczeniem nie można byłoby mówić o zorganizowaniu takiej imprezy. Jako kierownik miałem za zadanie spiąć to wszystko jedną klamrą. Ale to zespół był organizatorem tych zawodów, jednostka bez zespołu byłaby niczym! Dlatego też jednym z celów na te zawody było utrzymywanie dobrej atmosfery w zespole organizacyjnym. Można było usłyszeć „Za rok nie chcę biegać Wawelu, fajniej być organizatorem”. Miło mi stwierdzić, że atmosfera w zespole była bardzo dobra! Jeszcze raz dziękuję wszystkim, byliście świetni!


Teren

Bardzo istotne dla mnie było, aby tereny na Wawel Cup były różnorodne. Zawodnicy mogli biegać po jarach Bronaczowej, mieście królów Polski i malowniczym terenie Doliny Racławki. W kolejnych latach chciałbym kontynuować ten pomysł, dawać zawodnikom możliwość biegania w różnych terenach. Jak zwykle nad całością przygotowań od strony leśnej czuwał trener Włodzimierz. Dzięki trenerze i wszystkiego dobrego z okazji urodzin!


Spikerka

W tym roku, podobnie jak na Wawel Cup 34. (przejmując w spadku schedę po Sławku (którego serdecznie pozdrawiam)), miałem okazję pracować na mikrofonie. Myślę, że pomiędzy opiniami „Już mam dość, przez 5 dni musiałem tego słuchać”, a „najlepszy spiker w kraju” prawda leży gdzieś po środku. Zdecydowanie mogę popracować nad tym co i jak mówić, a przede wszystkim włączać coraz więcej angielskiego.


Frekwencja

Celem na ten rok było przekroczenie 600 zawodników, a marzyło mi się ponad 700. Niższą frekwencję uważam za swoją małą porażkę, jednak jak co roku wystartowało w zawodach około 500 zawodników. Cieszy bardzo duża liczba obcokrajowców, martwi spadek zainteresowania imprezą w kraju. Wnioski już wyciągnięte, działamy dalej.

Wizja

I może to zabrzmi zbyt górnolotnie, ale mam wizję, za parę lat, imprezy na 1000 osób, największej imprezy w kraju, na którą przyjeżdżają ludzie z zagranicy. Imprezy rozgrywanej w ciekawych terenach, na dobrych mapach, z doskonałą wakacyjną atmosferą. Może kiedyś ta liczba pęknie, może na Wawel Cup znów będzie biegać tyle osób co za dawnych, wojskowych czasów. 

I na sam koniec chciałbym przytoczyć jeden cytat zasłyszany lub wyczytany nie wiem gdzie. „Na Waszej imprezie zawodnik czuł się podmiotowo, w przeciwieństwie do Grand Prix Polonia”. Osobiście bardzo ucieszyła mnie ta opinia, gdyż zależało mi na tym by każdy zawodnik czuł się wyjątkowo, by docenić każdego pracownika. To my wszyscy razem zawodnicy i organizatorzy tworzymy Wawel Cup!

Dziękuję wszystkim zawodnikom za udział i mam nadzieję do zobaczenia za rok!

kierownik Wawel Cup 36.
Michał Garbacik

i kilka fotek na koniec, te uśmiechy pokazują, że chyba było fajnie :)






i kawałek na koniec!