poniedziałek, 29 sierpnia 2016

A jak biegają inni?

Sportowa wiosna u Pana Cyca w tym roku wyjątkowo nie przyniosła żniw. Rzućmy zatem dziennikarskim okiem na to jak przez ostatnie miesiące biegali inni. Bo oprócz tego, że jestem „zadufanym w sobie dwudziestoletnim cwaniakiem” lubię też śledzić i ekscytować się rywalizacją innych. Zatem do dzieła!

A jak biega polska sprinterska sztafeta?

Kto był w Trzebnicy na sztafetach sprinterskich, ten doskonale wie jakie emocje towarzyszyły kibicom podczas rozgrywania tego biegu. Tym razem również Polacy sprostali oczekiwaniom. Po dobrych biegach pań -  Iwony i Oli oraz świetnych panów Bartka i Wojtka zajęliśmy 6. miejsce! Świetny wynik, gorąca atmosfera i dla mnie jako kibica doskonała zabawa. Gratulacje i dzięki Wam!


Również udany był występ Polaków w trakcie sztafet sprinterskich na WOC-u, tym razem przyszło mi śledzić rywalizację zza ekranu monitora. Po bardzo dobrym biegu Iwony byliśmy w ścisłym czubie, później trochę spadliśmy, ale i tak skończyło się na powtórce z roku ubiegłego – 11. miejscu. Zupełnie inaczej trzeba ocenić występ naszych w trakcie Akademickich i EOC-a, ale to nie do końca temat tego blogaska, skupmy się na pozytywach!

A jak biega Rafał Podziński?

Najlepszy technicznie polski sprinter i „matematyczny umysł” wreszcie mógł odpalić. Powroty po długich przerwach zawsze dają dużo satysfakcji, a mi pozostanie w pamięci jak po udany World Cupie, Rafał wcisnął mi prawie 3 minuty na Mistrzostwach Czech. Nie da się ukryć, był wtedy w mega gazie! Do tego dochodzi sreberko z MP. Takie powroty zawsze cieszą, wszyscy dziękujemy Pani doktor!


A jak biega Bartek Pawlak i Wojtek Kowalski?

Celowo zostali wymienieni tu razem, gdyż emocje jakie ta dwójka dostarczyła nam na EOC-u pozostaną na długo w naszej pamięci. Miałem tą przyjemność być wtedy w Czechach i widzieć to na żywo. Widzieć jak Wojtek przybiega w pierwszej trójce, jak Bartosz wyprzedza Daniela Hubmanna! Do tego Bartek dołożył 12 miejsce na klasyku, zwycięstwo w 10-mili i złoto na sprinterskich MP. Cóż za wiosna!


A jak biega wawelowska sprinterska sztafeta?

Po nieudanym biegu indywidualnym, w niedziele przyszła pełna mobilizacja i koncert naszych juniorów. Z radością obserwowałem jak trenerzy z Wrocławia odliczają kolejne sekundy straty Śląska do naszej młodzieży. To było coś!


A jak biegają EYOC-owcy?

Dla mnie zgodnie z przewidywaniami. Chłopaki mieli w sztafecie zdobyć medal (może nie złoto) i zdobyli, Kinga miała powalczyć o złoto i powalczyła : ) Na trochę więcej liczyłem podczas klasyka, dużym zaskoczeniem z kolei była postawa dziewczyn z W18. Wielkie brawa dla wszystkich medalistów (brawo kuzyn!) i wszystkich tych, którzy mogli być zadowoleni ze swojego występu!


A jak biega Krzysztof Bodurka?

Wielokrotny zwycięzca GPK i rekordzista starej i nowej trasy wskoczył na kolejny poziom. Można było powiedzieć to już po MP na dystansie krótkim i Mistrzostwach Europy, ale chyba najbardziej pokazuje to wynik na MP w biegach alpejskich. Srebro po wyrównanej rywalizacji z Kamilem Jastrzębskim. Życzę dalszych sukcesów i… już się chyba nie pościgamy ; )


A jak biega Ola Hornik?

Srebro na JWOC-zku, zwycięstwo na ostatnim etapie O-Ringena i 14 miejsce na WOC-u w swoim CV to już coś, a zawodniczka ma zaledwie 20 lat. Pomyśleć, że jeszcze rok temu w Szwecji miała dość spore problemy z nawigacją. Należy pogratulować progresu i życzyć dalszych sukcesów!


A jak biega nasza Majeczka?

Po nieudanym sprincie indywidualnym przyszedł świetny bieg na sztafetach sprinterskich (bieg, który dałby dużo więcej na EYOC-u). Sam EYOC pokazał jednocześnie braki i potencjał. Na każdym biegu mógł być medal, jednak na żadnym nie było ( i może to i dobrze). Teraz czas na jesienne bieganie, trzymamy kciuki!


Następny post już wkrótce, a tymczasem dedykacja już po raz drugi na tym blogu, dla Michała Garbacika. Cher i Believe!


niedziela, 21 sierpnia 2016

Pierwsze takie mistrzostwa

Odkąd zacząłem trenować, w drugiej połowie 2009 roku zawsze startom mistrzowskim towarzyszyła mi jakaś presja, na te mistrzostwa się czekało, odliczało dni. Czasem presja była większa, czasem mniejsza. Czasem pomagała, dodawała sił, a czasem paraliżowała – jak rok temu na sztafetach leśnych. Tym razem jednak sytuacja była zgoła odmienna. Do Łodzi jechałem z dość smutnym uczuciem wy*ebania...*
*młodszych czytelników przepraszam za wulgaryzm, ale tu chyba nic innego nie pasuje

Analizując swoje szanse, przy dobrych wiatrach i umiarkowanych problemach astmowych liczyłem na walkę o TOP20. Przed biegiem zamiast wmawiać sobie mantry przedstartowe i koncentrować się przez mistrzostwami zasiadłem w loży szyderców, którą serdecznie pozdrawiam. Było wesoło.

Na początku trasy robiłem nieduże błędy, gdybym ich uniknął TOP20 byłoby realne. W drugiej części trasy na 2 minuty dogonił mnie Alek Bernaciak, długo z nim nie pobiegłem (i tak wybieraliśmy inne warianty), gdyż co raz bardziej zaczynałem odczuwać skutki wysiłku. Ostatnie metry to już nieudana walka o oddech i TOP24 z Tadeuszem Piłkowskim. Trochę smutny jest fakt, że będąc tak słabym jak nie byłem od 2010 roku, z taką średnią na kilometr powalczyłbym o medal za równo w szesnastkach, jak i w osiemnastkach, jak i w dwudziestkach... Po biegu pozostaje trochę żal nędzy jaką prezentuję, ale i kilka fajnych foteczek. Ostatnia z nich, z Ventolinem w dłoni, jest chyba takim podsumowaniem tamtej części sezonu.





Kolejnego dnia bardziej zajęty byłem rywalizacją juniorów, niczym trener/działacz Tajner z zainteresowaniem odliczałem kolejne sekundy przewagi (zwłaszcza, że moja siostra przybiegła na pierwszej zmianie przed przyszłą Mistrzynią Europy). Gratulacje młodzieży!


W dniu przed startem powiedziałem jeszcze Markowi: „ciśniemy, na pewno będą NKL-e i może powalczymy o TOP6”. ENKLki były, a szansa nawet spokojnie na TOP4. Niestety, po już dużo lepszym niż w sobotę moim biegu (jeden błąd wariantowy na trójkę + bieg, a nie truchtanie na końcowych metrach), przybiegam na metę i nie widzę pani Basi w strefie zmian. NKL Marka, szkoda, nie udało się trzeci rok z rzędu osiągnąć czwartego miejsca.




Niewątpliwie gratulacje należą się sztafecie OK! SPORT, w reszcie Wam wszystko zagrało i zasłużyliście na to zwycięstwo! Również gratulacje dla Łukasza Charuby i całej ekipy organizacyjnej, to były naprawdę fajnie zrobione mistrzostwa!

I na koniec dedykacja, tym razem urodzinowa. Dla Pani w czerwonym, Kasi Bugaj! Sto lat Katherine!


Jedna jaskółka wiosny nie czyni

Wróćmy znowu do wydarzeń stricte sportowych (choć z profesjonalnym uprawianiem sportu miały one niewiele wspólnego). Dawno, dawno temu, trzy tygodnie po longowym blamażu przyszło mi rywalizować na sprinterskich mistrzostwach Czech. Cały tydzień wcześniej już coś biegałem i liczyłem na tych zawodach na pojawienie się światełka w tunelu. Jednak na samych mistrzostwach, (w nie-mistrzowskiej kategorii H21A) ledwo łapiąc powietrze, dostałem prawie 3 minuty od będącego na fali Rafała Podzińskiego. Przepaść ; )

Następnego dnia było już troszeczkę lepiej, choć czas bynajmniej nie był rewelacyjny. Na uwagę zasługuje wygrana naszej sztafety w kategorii MIX oraz debiut Rafała w drugim teamie Slavia Hradec Kralove. Dla niewtajemniczonych dodam, że to tak jakby Zdenek Ondrasek przeniósł się na jeden mecz do Cracovii.



Decyzja o tym, że przestaje trenować została podjęta po majowym city racie. Po biegu leżałem dobre parę minut próbując złapać oddech. Do treningu z trenerem wróciłem dopiero 1 sierpnia (przypomina redakcja). Swoją drogą godny teren!


Mimo to w maju był jednak jeden całkiem pozytywny okres, a konkretnie weekend. Najpierw 13 maja, przed krakowskim maratonem, robiłem mamie za zająca podczas nocnej dziesiątki. Ogromy deszcz, tłumy ludzi i momentami tempo w pogoni za mamą poniżej 4:00 min/km sprawiło mi sporo radości. Następnego dnia podczas GPM miałem dobry bieg, aż do momentu, gdy zaliczyłem solidnego Boba.


Niedziela to już inna bajka. Jaskółka, która wzbiła się nad lasem w Pogwizdowie, co prawda wiosny nie uczyniła, ale tego dnia miałem prawdziwą radość z biegania. Astma dokuczała mi tylko trochę, dzięki czemu mogłem biec, a nie włóczyć nogami. Dodatkowo nie jest tajemnicą, że teren niedzielnych zmagań jest moim ulubionym, a dodatkowe uprzednie analizy tej mapy z koleżanką sprawiły, że znam ją na wylot. Około 50 sekund błędu i zwycięstwo nad całą ekipą z Węgier, zawodnikami z Pabianic, Mateuszem Dziobą i całą resztą stawki.


Niestety jaskółka ta wcale wiosny nie uczyniła, przez kolejne tygodnie znów biegałem niewiele,  gdyż czułem się wujowo. Warto wpomnieć jeszcze o tym, że po raz kolejny w tym sezonie wziąłem udział w zawodach z AZS. Osiągnąłem najgorszy w  życiu wynik na 1500 metrów (4:39) oraz zadebiutowałem w sztafecie 4x100m i pchnięciu kulą. Było zabawnie, nie powiem ; )


Na uwagę zasługuje jeszcze wyjazd do Czech na Mistrzostwa Europy, gdzie w sobotę startowałem w zawodach towarzyszących. Nieskromnie powiem, że czasowo wypadłem tam najlepiej z czwórki (Gajko, Garbacik, Gosia i Robert), nie mówiąc już o wyczynach Kacpra i Marcina. Niemniej jednak nie był to bieg tylko włóczenie nogami, a dodatkowo dostałem eNKLkę za brak CHECK-a na starcie.


W niedzielę wolałem drzemać w samochodzie niż męczyć się z własnym organizmem na klasyku, co dobrze pokazuje, że jedna jaskółka wiosny nie uczyniła. Jakkolwiek ten okres już za mną, a zawsze można wysunąć z niego jakieś pozytywne wnioski. „Wskaż błędy w poniższym uzasadnieniu i napisz na czym one polegają”.


Zaległości blogaskowe są spore, dlatego po raz pierwszy przedstawiam listę następnych odcinków. Może się wyrobię przed MP i posty będą już wrzucane aktualnie. Jeszcze dzisiaj:

- „Pierwsze takie Mistrzostwa”

a w następnych odcinkach

- „A jak biegają inni?”
- „Wawel Cup 35.”
- „Wychodząc z pośladków”
- „Udany Baltic Cup”

Na cycowym blogasku nie może zabraknąć oczywiście dedykacji. Tym razem jaskółka, dla Pana Sierżanta i przyszłego policjanta. Pozdro chłopaki!


wtorek, 9 sierpnia 2016

Nie łatwo być romantykiem

Niestety muszę rozczarować wszystkich czytelników, którzy liczyli na relację z jakiejś sportowej imprezy(Na te relacje wkrótce przyjdzie również czas, don’t worry.), dziś będzie bardziej filozoficznie, choć nie zabraknie też sportowych odniesień.

Pomysł na tą notkę przyszedł do mnie w jednej chwili, podczas robienia szóstej serii grzbietu, po wieczornym brzuchu. Jak natchnienie z góry, przyszło do mnie to jedno tytułowe zdanie, a z niego już cały korowód rozważań. Możliwe, że stałem się nawet romantycznym bloggerem? Tydzień przerwy, chwila natchnienia i już powstaje notka?

Stwierdzam, że niewątpliwie być romantykiem nie jest łatwo, romantyk angażuje się w to co robi całym sobą, czasami wbrew zasadom logiki, wbrew temu co wydaje się możliwe. Romantyk nie znosi porażek, ale za to zwycięstwa które odnosi smakują mu 4 razy lepiej. Romantyk ma fantazję, romantyk nie wstydzi się łez, czasem  jest niezrozumiany. Romantyk walczy, romantyk nie poddaje się. Być może gdybym żył w czasach, gdy nie było dostępu do Internetu nie pisałbym blogaska, tylko wdałbym się w Mickiewicza, Norwida, czy kogoś podobnego : ) Zdecydowanie bliżej mi jednak do postaci Staszka Wokulskiego.


Bohater częstokroć określany był jako romantyczny pozytywista i właśnie ta nutka pozytywizmu (bynajmniej nieczystego pozytywizmu prawniczego, z którym się nie zgadzam), ta nutka tego racjonalnego podejścia u romantyka pozwala działać. Praca u podstaw, praca organiczna, planowanie, realizacja i inne tego typu duperele. Te dwa trochę sprzeczne ze sobą postawy pozwalają na działanie, przy jednoczesnym uleganiu porywom. Nie jest to łatwe, ale piękne.

Wrzucając nutkę tego romantyzmu do sportowego aspektu mojego życia (który niewątpliwie jest głównym tematem tegoż blogaska), wspomnę tylko czasy, których nie żałuję. Tak to był te chwile, kiedy romantyk był na swój sposób szczęśliwy. Później przyszło 3,5 miesiąca posuchy, podczas których wielokrotnie bieganie nie sprawiało mi radości. Uwierzcie mi, że nie jest łatwo walczyć na MP o TOP25, po tak przepracowanej zimie. Ale cóż, sam wiecie co to tylko jest : )


Jeśli chodzi o moje sportowe podejście to daleko mi obecnie do postawy romantyka. Nie chcę się tak bardzo angażować, nie będąc pewny tego jak mój organizm będzie się zachowywał. Przyjmuję jednak postawę pozytywisty, krok po kroku idę naprzód. Trenuję i ćwiczę już regularnie, nie tylko dlatego żeby dobrze biegać, ale też żeby nie wyglądać jak Gonzalo Higuain. Choć może ktoś wtedy zapłaci za mnie 90 milionów euro?

*82 miliony euro już na stole, zgadnijcie dlaczego?



I piosenka dla wszystkich prawdziwych romantyków. Smuty w czystej postaci! Łączę się z Wami w bólu i pozdrawiam!

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

O powrotach

Przerwa w blogaskowaniu była na tyle długa, że część czytelników zapewne wrzuciła już blog Cycerona do kosza z napisem „wygasłe”. Nie była jednak spowodowana jednym konkretnym powodem, acz szeregiem różnych czynników.

- ilość postów na blogasku jest odwrotnie proporcjonalna do formy zawodnika
- Wawel Cup (o którym szerzej w odrębnym poście)
- dwie sesje 


- o raz fakt, że wydarzeń było tak dużo iż nie wiedziałem od czego zacząć...
- ...a wraca się zawsze ciężej! 

Na swoje usprawiedliwienie dodam, że moje teksty dość często mogliście poczytywać na wawelcup.pl i wawelbno.pl. Nie miały one jednak nic wspólnego ze „sztuką”. Były raczej czymś w rodzaju rzemieślniczej pracy. Teksty, w których znajdują się serce, dusza i uj jeszcze wiem co znajdziecie tutaj.

I oczywiście po długiej przerwie wraca się zawsze ciężko. Dziś jednak nie wracam jak ten Odys (wciąż do formy życiowej oraz nawet do takiej, która sprawia mi przyjemności z trenowania jest mi bardzo daleko), ale raczej jak ten biblijny syn marnotrawny. Do formy sportowej wraca się niełatwo, zwłaszcza po trzy i pół miesięcznej przerwie od trenowania oraz nie będąc wciąż w pełni zdrowy, jednak mam nadzieję, że szybko wrócę do formy pisarskiej. Ach ta skromność.

Konkretnego harmonogramu notek jeszcze nie znam, na pewno będę chciał wrócić do kilku wydarzeń z ostatnich 4 miesięcy, które z uwagi na moją blogaskową przerwę zostały ominięte. Jeśli chcecie wiedzieć jak po raz pierwszy w życiu startuje się na MP bez żadnych oczekiwań, jak zorganizować największe zawody w Polsce oraz jak w Czechach można dostać NKL-a zapraszam do czytania tegoż blogaska. 

Jeszcze EYOC-owa foteczka, która mam nadzieję zachęci Was do czytania kolejnych postów: 


Wracając jeszcze do mojego biegania, to wciąż jestem tam gdzie te szczoteczki do zębów w jednym kawale. Niemniej jednak od trzech tygodni regularnie biegam, od jutra wracam na plany trenera i mam nadzieję, że za jakiś czas jeszcze coś z tego będzie : ) 

I na koniec dedykacja, dla tych którzy również w tym tygodniu wracają czy to z Norwegii, czy to z Wrocławia. Panowie, jesteśmy wciąż młodzi! Czas na powrót starego "wunder timu".




niedziela, 8 maja 2016

Nie żałuję

Dziś 8 maja, biorąc pod uwagę moją formę kondycyjną jestem w ciemnej dupie. Trwa okres startowy,  co tydzień odbywają się jakieś ciekawe biegi, w których… nie chcę gdybać, ale na pewno można byłoby w każdym z nich powalczyć. W związku z tym pojawiają się podstawowe, w sumie nie egzystencjalne pytania – Czy żałuję, że te przygotowania nie mają żadnego przełożenia na moje starty? Czy żałuję, że byłem tak zaangażowany i czy żałuję różnorakich poświęceń? I wreszcie czy żałuję okresu pomiędzy 29 listopada, a 19 marca/10 kwietnia (wybierz dowolne)?

Na te pytania odpowiedź może być jednoznaczna! Oczywiście szkoda tego co dzieję się teraz, po prostu i tylko szkoda. Ale w żadnym wypadku niczego „nie żałuję, (przeciwnie bardzo Ci dziękuję mój kraju”). Mimo mojego zamiłowania do wszelkich statystyk nie będę się tu bawił w podsumowania kilometrażu i tym podobne. Chciałbym jednak podkreślić, że w tym okresie czułem się na swój sposób szczęśliwy*. W wielu kwestiach poszedłem do przodu. Mam kolejny piękny model, tego jak to byłem „piękny i młody”, do którego kiedyś trzeba będzie jeszcze wrócić, może wkrótce : ) ? Za ten okres dziękuję wszystkim, którzy trzymali za mnie kciuki, którzy wierzyli tak jak ja wierzyłem. Dziękuję mojemu trenerowi, któremu „zmarnowałem” tyle czasu, rodzinie, ziomeczkom z klubu, pozostałym trenerom, KMN-owi i „pięciu normalnym ludziom i jednemu pajacowi”.

A dziś pomimo tego, że obcy jest mi Snapchat i Instagram znów niech będzie foteczkowo! Niech ten wpis będzie taki naprawdę pozytywny, taki do którego z chęcią będę z powrotem sięgał, by naładować się motywacją. Kończę już te rozważania, bo mi łezka po prawym policzku zaczyna spływać. Ahoj! 















I dedykacje, której na tym blogasku jeszcze nie było, a bez wątpienia powinna się znaleźć. Powinna się znaleźć zwłaszcza biorąc pod uwagę ten piękny okres. Dziś najlepsza Tina dla najlepszej pani Marty!


*Do odpowiedzi na pytanie czym jest szczęście i szczęście zupełne? odsyłam do pomaturalnych dyskusji pana Cyca, Kamila i Andrzejka, które trwały do w pół do czwartej i były kolejną oznaką, że się starzejemy.

wtorek, 3 maja 2016

Marzenia odłożone na później

Pierwotnie tytuł notki miał brzmieć „Marzenia odłożone na później?”, o tej jakże optymistycznej zmianie tytułu (jeden znak a tyle zmienia), zadecydowały pewne czynniki, ale po kolei!

Moje przygotowania do Mistrzostw Polski do połowy marca przebiegały tak jak sobie to wymarzyłem i zaplanowałem (o samych przygotowaniach będzie osobna notka), końcówka marca już nie była taka rewelacyjna, ale pierwsze dni kwietnia znów zaczęły napawać optymizmem. W piątek 1 kwietnia czułem wreszcie luz na rozbieganiu, 2 kwietnia przeniosłem się wspomnieniami do ubiegłorocznych zmagań na MP. Oczywiście żadnych wniosków z tego wyciągać nie można, ale od dość dawna chciałem to zrobić i… bawiłem się świetnie, do tego ego jego – autora blogaska znacząco wzrosło. Został mi już w wolnym czasie tylko middle na Bronaczowej. Może przebiegnę go w związku z jakimś wypadem w sprawie Wawel Cup.


M.Garbacik          -0.01
1. K.Rzeńca        15.02
2. M.Podsiadły     +0.19
3. R.Piotrowski     +0.23
7. M.Garbacik       +1.36

W niedzielę biegaliśmy z Jaśkiem 100 minut po lesie, 100 minut spokojnego ładowania, na sporym luzie. Będzie dobrze – pomyślałem.


Wszystko po mału zaczęło się je*ać (młodszych czytelników przepraszam za wyrażenie, ale inne tutaj nie pasuje) w kolejnym tygodniu. We wtorek mieliśmy bardzo ciepły dzień, przyroda na maksa rozkwitła, co spowodowało mega alergię i kiepskie samopoczucie na wtorkowym rozbieganiu i nieskończenie środowego treningu, który miał być ostatnim dłuższym akcentem na mapie przed Mistrzostwami Polski. Wtedy jeszcze nie przypuszczałem, co dalej nastąpi.


Do tego złapało mnie jakieś drobne przeziębienie, mimo to jak przez całą zimę postanowiłem nie zwracać uwagi na takie pierdółki, kontynuować plan i zobaczyć jak organizm będzie reagował. W czwartek lub piątek spadł deszcz i następne treningi przebiegały jak należy. W piątek 80’ klepania asfaltu po 4:31, a sobotę i niedzielę odbyły się zawody, z których technicznie nie mogę być zadowolony, jakkolwiek dwukrotnie wygrałem, a problemów oddechowych nie było najmniejszych.



1. M.Garbacik      42.20
2. J.Baran            +0.19
3. M.Skorupa        +3.11


1. M.Garbacik      42.07
2. J.Baran            +2.21
3. B.Gajkowski     +2.37

Prawdziwe schody zaczęły się jednak w kolejnym tygodniu, w tym w którym miałem być w rewelacyjnej formie i ze spokojne oczekiwać na 17 kwietnia. We wtorek lekko zatykało mnie przy 4:50, w środę postanowiłem odpuścić bieganie, jednak najbardziej zmartwiło mnie czwartkowe bieganie na Kraków City Race. Średnia na kilometr 4:07, a ja nie mogę biec szybciej, bo nie jestem w stanie wziąć głębszego oddechu.


1. M.Garbacik        25.45
2. I.Waługa            +0.22
3. M.Biederman      +0.51

Jadąc to Augustowa, a raczej do Suwałk ; ) liczyłem jeszcze, że Ventolin i zmiana klimatu pomogą. Nie pomogły, na pierwszy punkt biegłem z „mapą w gaciach” próbując złapać oddech i utrzymać grupę, przez kolejne trzy już w miarę dobrze siłując się z samym sobą, na piątkę już zaczęły mi się ścieżki mylić i w drodze na szóstkę ledwo łapiąc powietrze pod górkę stwierdziłem, że tego dnia nie ma szans na ukończenie tego ultralonga, nie mówiąc już o czymś wiecej : )

Serdecznie gratuluję medalistom i wszystkim tym, którzy ukończyli ten bieg!

1. K.Wołowczyk     169.19
2. A.Szmulkowski   +11.30
3. Ł.Gryzio             +12.27

Po biegu pozostało mi tylko trzymać kciuki za naszych (nie wyszło to zbyt dobrze) i udać się w #roadtoKraków. Przez kolejne dwa tygodnie sportowo było w sumie tylko gorzej, apogeum był moment kiedy z przyczyn oddechowych nie byłem w stanie zrobić 20 pompek. Podczas gdy inni biegali w Czechach, na World Cupie (tak, w pewnym momencie też miałem prawo myśleć, że może tam wystartuję) i na O-Gamesach, ja byłem 4 razy w Medimedzie, 3 razy w Gallmedzie,  5 razy w 4M przy okazji robiąc dwie spirometrie, EKG, EKG wysiłkowe, ECHO serca i morfologię, w międzyczasie czytając o tym, że „(…) i astmy. Chociaż jak ktoś jest przekonany, że „pierwszy punkt wspólny”, to tracąc na nim kilka minut motywacja na pewno spada(…)” Bez złośliwości pozdrawiam autora!

Wracając do pierwszego akapitu, większość badań wyszła pozytywnie, lekarstwa chyba zaczynają działać i zanosi się na to, że wrócę do normalnego trenowania. Przez ostatnie dwa dni (co prawda wciąż mając problem z wzięciem głębokiego oddechu) zrobiłem ponad 14 kilometrów. Stąd brak znaku zapytania, marzenia na pewno wrócą, a dzięki tym doświadczeniom mam pewien model przygotowań, który trzeba powtórzyć, ulepszyć i dopełnić!

Być może ta notka nie była nazbyt pozytywna, jednak nie pisałem jej w żadnym stopniu, by użalać się nad sobą. Miała zrelacjonować ostatni okres, a tytuł i brak znaku zapytania niech będą tym pozytywnym akcentem, których więcej znajdziecie w kolejnej notce pod tytułem „Nie żałuję”, opisującej same przygotowania.

Pozdrawiam wszystkich czytelników i dziękuję wszystkim tym, od których mogłem liczyć na ciepłe słowo po 17 kwietnia. Piosenka dla Was!