środa, 22 marca 2017

Wild satisfaction!

„(…)Proponuję żebyś Ty na ostatnią edycję GPK przygotował formę biegową i żebyś pościgał się z najlepszymi(…)” – fragment e-maila organizacyjnego od kierownika sekcji po Biegu Walentynkowym, niech będzie cytatem tego dzisiejszego wpisu, mam nadzieję, że trener się nie obrazi.

A więc, cytując klasyka (przez duże G) – „panie trenerze melduję wykonanie zadania!” Poniżej - szczęśliwa ósemka!


Wracając jeszcze do czasów nieco wcześniejszych, ze startu w Styczniowym Wyzwaniu mogłem być zadowolony, później nieco osłabił moją motywację Zimowy Półmaraton Gór Stołowych (szerzej o nim w kolejnym wpisie (nie polecam (półmaratonu, nie wpisu))). Później było 1,5 tygodnia solidnego pakowania i pieprzone choróbsko przed Biegiem Walentynkowym. A szkoda, bo już nawet znalazłem kandydatkę do wspólnego biegu (o tym poniżej). Po lutowym etapie otrzymałem wyżej wymienionego e-maila i zabrałem się za leczenie oraz trenowanie niejako od nowa! Poniżej jeszcze kilka foteczek ze Styczniowego Wyzwania, gratulacje dla Jaśka, którego nie udało się złapać na ostatnim podbiegu.




Start na Wielkim Finale miał być tym, co tygryski lubią najbardziej – Wielkim Powrotem do swojej Itaki!

Listopadowe Otwarcie – III miejsce
Bieg Mikołajkowy – pieprzone choróbsko
Styczniowe Wyzwanie – II miejsce
Bieg Walentynkowy – pieprzone choróbsko
Wielki Finał - ?

Na starcie kandydatów do zwycięstwa było kilku: wielokrotny zwycięzca krótkiej pętli Przemysław Babula, lider generalki Jasiek, potrafiący robić cuda na świeżości Marek, lutowy zwycięzca Marcin, belgijski imigrant Michał i on Cyc Ron. 


Taktyka na bieg była prosta, nie przejmować się konkurencją i cały czas robić swoje, przede wszystkim nie dać się za bardzo skwasić na pierwszej górce. Po starcie myślałem, że pobiegnę tempem Marcina i Michała (u którego w Belgii, kilometry to chyba jednak inaczej mierzą :D, pozdro!), jednak oni zaczęli za wolno. Zadaniu sprostał Kamil Jezierski – konkurent z dawnych lat. Razem biegliśmy aż do kopca, gdzie złapaliśmy pierwszą grupę. Tam było nas czterech – zapowiadał się niezwykle wyrównany bieg. Kolejny zbieg wyszedłem na prowadzenie, by móc puścić nogi i nie zważać na innych. Na końcu zbiegu puściłem rywali do przodu, z czasem zyskali pewną przewagę. W połowie markowego Alpe Cermis sił już zaczynało brakować, obróciłem się – „Marek ma dość, przynajmniej będzie trzecie miejsce” – taka myśl przyszła do głowy. Do końca podbiegu trzymałem jednak tempo i po ostatnim zakręcie nastąpił atak. Atak ponowiony jeszcze na ostatniej górce i już przebiegając koło kibiców czułem dziką satysfakcję! Satysfakcji jakiej nie było dawno. Na mecie była pora na dziką radość!




Nie da się ukryć, że wynik „du*y nie urywa”, jednak jak na robotę, którą wykonałem, albo raczej której nie wykonałem, tego dnia byłem bardzo zadowolony. Nie da się ukryć, że w tym roku liga była ciekawsza. Poniżej jeszcze kilka foteczek.

Rywalizacja międzypokoleniowa:


Poszli (czyżby nie za mocno?):


Dajesz hardkorowy koksie!


Była walka, o tą walkę chodzi właśnie!


A może opowiedzieć Wam jakiegoś sucharka?


Dziękujemy High5 za pomoc przy wspaniałej imprezie!


Największa talenciara WKS!


Gorzko, gorzko!


I mamusia na podium w generalce!


Paraparapapa, oo!


Później zająłem się sprawami organizacyjnymi, siedząc w depozycie z miłą sekretarką przy biurku. Następnie prowadziłem zakończenie, wraz z panem Tomkiem Polewką. Gratuluję za świetną robotę i dziękuję za miłe słowa, jakobym miał być wzorem w tej kwestii dla takiego fachowca jak pan Tomek. Dużo jeszcze pracy przed nami, ale nie da się ukryć, że w tym roku Grand Prix weszło na kolejny poziom.


Z roku na rok impreza się rozwija, a to był dla mnie Beautiful Day!


I jeszcze jeden dość ważny aspekt. W listopadzie wyglądałem tak:


A w marcu tak:


Nie da się ukryć, że jest to kolejna, fajna, pozasportowa motywacja do trenowania!

Na koniec standardowa dedykacja. Tym razem foteczka z moją ulubioną BW! Panią Basię poznałem na zawodach w Brzesku, gdzie spiker głośno wykrzykiwał jej imię, gdy wbiegała na metę. Później na pieńku miał z nią Marcin (który produkował czarne IceBugi dla kobiet). W ostatnich jednak latach bardzo się z panią Basią polubiliśmy. A w tym roku, gdy włączyłem się mocniej w organizację, zobaczyłem, że jest to osoba naprawdę wyjątkowa! Dziękuję, pani Basiu, za zaangażowanie i za to, że dodaje Pani klimatu naszej imprezie. Życzę Pani jeszcze co najmniej 10 przebieganych edycji GPK. Na zakończenie jeszcze cytat Gajka z Rzymu: „No i co Garbaty miałeś, a masz Woźniakową”. I dobrze! Jeszcze raz gorące pozdrowienia i wspólna foteczka ze Styczniowego Wyzwania!


sobota, 4 lutego 2017

85 kg na podium!

Znów wracam ze „swoją twórczością pisarską” do mojego publicznego pamiętnika, zwanego w niektórych środowiskach „cycowym blogaskiem”. Pierwszą zmianą, po powrocie, w prowadzeniu tej strony, niech będzie fakt, że tym razem „nie zamierzam nadrabiać zaległości”. Realnie patrząc z roku na rok, pewnie czasu będę miał co raz mniej, dlatego pisanie postów „z obowiązku pisarskiego” niejako mija się z celem. Przejdźmy zatem do meritum! 

Posty jak zwykle zawierać będą moje filozoficzno-egzystencjalne rozważania i inne tego typu duperele, których pisząc na stronach krakowbiega.pl, wawelcup.pl i wawelbno.pl, niestety nie mogę zamieszczać. Nie zabraknie ciekawych anegdotek, relacji z najważniejszych wydarzeń sportowych, dystansu do siebie, foteczek i dobrego (bądź też żenującego) humoru! Zatem zaczynamy, po raz kolejny!

W poniższym poście postaram się niejako streścić najważniejsze wydarzenia z okresu październikowo-grudniowego. Z naciskiem na listopadowe GPK, na co wskazuje przedstawiony tytuł. Na początek, aby być nieco przewrotnym, (oraz aby nabić wejścia, interesującą foteczką wyświetlającą się na fejsbuczku) zdjęcie mojej wagi z zeszłej niedzieli, da się!

 
*W tą środę zobaczyłem już 79,2.

Po październikowych MP rozpoczął się okres raczej odpoczynkowy, nieobfitujący w ważne wydarzenia sportowe. Poniżej foteczki, filmik i mapka, które undoubtedly (bardzo interesujące słówko) zaciekawią czytelników.

Na pierwszym od ukończenia Szkoły Sukcesu spotkaniu klasowym mogliśmy zobaczyć: Zośkę Czosnek (moja wierna fanka) i Michasia Garbacika (wiernego fana Zośki Czosnek):


Poniżej pamiętny filmik ze Szkocji, z którym dzięki mojej kochanej chrześnicy, mogło się zapoznać połowę pasażerów lotu z Krakowa do Medialanu.

*Jednak w internetach jest publikowane :D

Znajdziecie również mapkę z moim wyczynem z KCR-R, o którym opowiadał sam Bob: "Wbiegnij w pierwszą otwartą furtkę, czesz maliny, spróbuj się wydostać z terenu zakazanego, dostań 30 sekund kary za wejście na oliwkę."



W wyżej wymienionym okresie miałem okazję wziąć udział również w trzech zakończeniach sezonu, na których między innymi: nauczyłem się dużo nic nieznaczących czeskich słów, stoczyłem interesujące starcia "masa kontra masa", zdarłem sobie gardło na karaoke, zostałem Mistrzem Polski w klasycznym tenisie stołowym oraz zobaczyłem jakie ładne widoczki są z Kasprowego. Bajka, co nie?


Wracając już do samego Listopadowego Otwarcia, należy wspomnieć, iż było to dla nas ogromne wyzwanie organizacyjne. Wiele pracy zakończonej mam nadzieję sukcesem, o tym aspekcie, jak czas pozwoli być może rozpiszę się kiedy indziej.

Jakkolwiek wracając, do „sportowych” (cudzysłów jest jak najbardziej zamierzony) rozważań, znów miałem nadzieję zmęczyć się na trasie. Dzień wcześniej, małego stracha napędził mi stan mojej wagi. 85,1 i raptem 1 kilogram mniej od mojego tatusia. Jak widzicie w pół roku można przytyć 10 kg, da się! Odnośnie samej rywalizacji, tego dnia, nie ma specjalnie, co się rozpisywać. Skupiłem się na walce o podium z Gracjanem Cuprysiem z HKS Azymut Mochy oraz nieznanym kolegą, który na naszą trasę trochę źle dobrał obuwie. Dodatkowo przygotowywałem materiał dla Canal+ (zainteresowani mogą się zgłosić na priv, z wiadomych powodów, publikować nie wolno). Na ostatnim podbiegu oczywiście nie zabrakło licznych pozdrowień do kamery, których z niewiadomych przyczyn, osoby montujące materiał nie zdecydowały się opublikować.

1. B.Babula           23.34
2. J.Baran             +0.34 (po raz pierwszy przegrywam na GPK z kimś z Wawelu, gratulacje Jean)
3. M.Garbacik        +1.11

Pora oczywiście na foteczki:

Moja piękna siostrzyczka i jej piękne włosy:


Ścisłe grono organizatorów podczas wywiadów do C+. Po kolei: ciocia Lulu, Michaś i trener Włodzimierz.


oraz, waga ciężka na starcie

 *Bardziej niekorzystnie to się chyba wyjść nie dało.

Nie może zabraknąć również dedykacji, w tym roku nie będą to utwory muzyczne, a moje zdjęcia ze znanymi osobistościami. Zaczynam od osoby powszechnie znanej i lubianej! Na zdjęciu: moja starsza młodsza siostra, piękna kobieta o złotym sercu, bardzo dobry materiał na przyszłą żonę i matkę! Pozdro Kasia!


P.S.

I jeszcze oficjalnie gratulację dla trenera Spajdera za wygranie wagowego zakładu. Szacun!

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Los chce ze mną grać w pokera!

"Zestawienie niefinansowe", tak pierwotnie miał brzmieć tytuł tej notki. Niewątpliwie przed nami notka, która będzie pewnym zestawieniem; nie będzie to również często sporządzane zestawienie finansowe. Poprzedni post na garbacikowym blogasku był jednak REKORDOWY jeśli chodzi o ilość wyświetleń i jak to powiedziała jedna z moich wiernych czytelniczek (i byłych dziewczyn!): „też nie powiem żebym czytala wszytsko co wrzucasz ale jak mnie zaciekawisz tytulem to wejde :P” Pozdrowienia dla SG! A więc drodzy czytelnicy, dziś noteczka o sezonie 2016, w którym los nie raz zagrał ze mną w pokera, parapaparapapa!



Wróćmy jeszcze do wpisu z przed 11 miesięcy:

„A teraz czas na cele sportowe, w podsumowaniu sezonu dokładnie się z nich rozliczę”

Legenda
kolor zielony – cel zrealizowany
kolor niebieski – cel częściowo zrealizowany
kolor czerwony – cel niezrealizowany

"I nadrzędny cel: awans (...), do bram (...) raju, do których pukali siedmiokrotnie. Czasem po cichu, jakby onieśmieleni, innym razem z całych sił, rozpaczliwie łomocząc do utraty tchu"

#roadtoAugustów

Przypomnę sobie pewien film z licealnej lekcji religii (jak ktoś kojarzy tytuł, proszę o przypomnienie), gdzie pewien mentor prowadził swojego ucznia na szczyt góry, by pokazać mu bezwartościowy kamień. Młody sportowiec był zły, że zmarnowany został jego czas. Celem mistrza było pokazanie, że to nie sam szczyt, nie samo mistrzostwo jest najważniejsze, tylko droga i trud jaki podjął. Wracając do kwietnia to niestety jakieś 200 metrów przed szczytem się potknąłem, a nawiązując do tytułowej nomenklatury para króli, którą miałem na ręce okazała się kiepskim rozdaniem. Jakkolwiek droga była piękna, raz jeszcze możecie przeczytać o tym – w poście pt. „Nie żałuję”. A dla mnie drogowskazem niech będzie Artur Kern, dzięki za inspirację!


Cele dodatkowe (żaden z nich nie zastąpi celu głównego, jednak spełnianie każdego z nich będzie mi dawało trochę satysfakcji):

- zrobić „najnaja” na Grand Prix Krakowa w Biegach Górskich

Proszę bardzo, cel w 100% zrealizowany. Co on wtedy był młody i natchniony!



- przebiec półmaraton poniżej 3:40 min/km

Proszę bardzo, 75:10. Bezpośrednio po biegu co prawda nie byłem aż tak zadowolony, ale teraz bardzo to doceniam. Jakkolwiek wciąż wydaje mi się, że byłem przygotowany na troszeczkę więcej, a problemy kolkowo-obtarciowe sprawiły, że zwolniłem na ostatniej czwórce.

- podnosić poziom rywalizacji młodych, zdolnych na Grand Prix Małopolski i pokazywać chłopakom, że „stare” jeszcze potrafi : )

Oj potrafi! Ciężko odnieść się jednak specjalnie do tego celu, gdyż nie było on wymierny, a ja z początkiem kwietnia zakończyłem profesjonalny trening. Jakkolwiek na zimowych klasykach i GPM (trzy zwycięstwa) było spoko loko, parapaparapapa!

- kontynuować udane starty sztafetowe w SHK i może w jakimś biegu pobiec w pierwszym teamie?

Wyłączając zabawę na Mistrzostwach Czech w sprinterskim BnO, nie wystartowałem w żadnych biegu sztafetowym. Wiadomo, z gó*na bata się ukręcić nie da. Jakkolwiek kilka wyjazdów, w tym ten świąteczny było bardzo fajnych. Pozdrowienia dla czeskich znajomych klubowych!


- przeciągnąć się za Kratovem na długiej nocnej

Tu bez komentarza, do Szwecji nawet nie było po co jechać : )

- dostać się na Akademickie Mistrzostwa Świata
- pobiec w Miskolcu tak pewnie jak zawsze na Węgrzech biegam, tylko że jeszcze trochę lepiej. Nie chodzi mi tu konkretnie o wynik, ale o zadowolenie z biegu, o świadomość, że to był „max”

Też rozwijać specjalnie nie ma po co. Tym razem specjalnie dla Was wrzucę bukiet niebieskich róż.


- ciułać punkty w rankingu Polski, by przed jesienią zapewnić sobie korzystną pozycję startową

Zdecydowanie cel ten nie został zrealizowany – ultra long nieukończony, sprint w III lidze, a na O-Gamesy nie mogłem pojechać.

- być cały czas w TOP10 na indywidualnych MP i stworzyć sztafety na TOP6

Pierwsza część nie była nawet bliska spełnienu, na sprincie biegłem w III lidze, a całą jesień w drugiej. Przy lepszej karcie na river, szansa na TOP10 była tylko na klasyku. Druga część jak najbardziej zrealizowana, na sztafetach sprinterskich szansa na TOP6 stworzyła się sama, a na leśnych byliśmy niewątpliwie jedną z największych niespodzianek weekendu. Dzięki chłopaki!


- zaatakować TOP6, na MP w biegu alpejskim – może kalendarz pozwoli.

Mimo, że podczas rywalizacji Kamila Jastrzębskiego i Krzyśka Bodurki spędzałem bardzo miły weekend to mogę powiedzieć, że kalendarz by pozwolił. Poker nie pozwolił.

W trakcie roku było tak dobrze, że powstał jeszcze jeden cel/małe marzenie – aby wystartować na World Cupie. Odważę się stwierdzić, że z marcową formą nie byłbym tam najsłabszym ogniwem. Ale jak wtedy było, to Ci co mnie znają i czytają zapewne wiedzą!

Kończąc już te rozważania na tematach konkretnych celów, było jak było. Był to rok dla mnie bardzo wyjątkowy, wydarzyło się mnóstwo ciekawych rzeczy. Z żartobliwej listy celów (o której wie tylko jedna czytelniczka, pozdrawiam Martę) sformułowanej w maju udało się zrealizować 75%, niezły wynik :P Były sukcesy, porażki, uniesienia i rozgoryczenia! Tak chyba w życiu jest, że musi się dużo dziać, żeby ŻYĆ. Fajnie się angażować, być zwariowanym i ambitnym.

Sezonu 2016 już zakończony (w tym roku na trzech zakończeniach), czas na nowe rozdanie parapaparapapa.

Czas na nowe sportowe cele, dla ciekawych zapowiadam tytuł kolejnej notki – „Zatańczysz ze mną jeszcze raz…” Pozdrowienia dla inspiratora kolejnego tekstu Gajkowskiego!

I jeszcze dedykacja, choć zarówno pozdrowień, jak i piosenek w tym wpisie było sporo. Dla wszystkich tych…? A może po prostu, przesłanie dla każdego : ) !!!


I jeszcze Małe Tęsknoty, ahoj!

wtorek, 6 grudnia 2016

O co ja widzę, Garbacik jest w drugiej lidze!

Za nim przejdę do relacji z niezbyt udanego dla mnie zielono-górskiego czempionatu, pora na krótkie rozważania na temat samego pisarstwa, uprawianego przez mnie raz na jakiż czas, na tymże blogasku. Jaka jest przyczyna tak długiej przerwy w blogaskowaniu? Z pewnością brak natchnienia, jest nie mniejszym powodem niż brak czasu, lubię pisać teksty, w których jest to coś. Natchnienie najlepiej jest złapać na długich, wieczornych samotnych wybieganiach, a tych ostatnio nie było zbyt dużo. Czas jest jest z kolei rzeczą względną, nigdy nie narzekamy na jego nadmiar, ale czy można żałować czasu poświęconego na sztukę?

Kończę już to filozoficzno-melancholijne pier*olenie*,** Po klasycznym MP przyszła pora, by została już spalona kora. Dokładniej rzecz biorąc, chcąc nacieszyć się jeszcze wakacjami i tym, że w weekendy w sumie nic nie muszę robić udałem się na Mistrzostwa Śląska, gdzie nie oszukujmy się biegało mi się fatalnie, dostałem solidny wpierd*iel od Marka Skorupy***. Występy na tych zawodach w trakcie MP umiejscowiłyby mnie, nawet nie w II, a w III lidze.




Odnośnie samych już mistrzostw w Zielonej Górze nie zamierzam się specjalnie rozpisywać: tak, nie byłem na nie przygotowany; tak, nie umiem biegać w nocy; tak, teren był prosty; tak, mimo tego zgubiłem się dwa razy jak dziecko, robiąc naście minut błędu; tak dogonił mnie Krzyś na OSIEMNAŚCIE minut; tak biega w nocy rewelacyjnie; tak mam charakter i wreszcie, tak styrałem się jak nie wiem co.



Na domiar złego zgubiłem się w drodze do ośrodka, dokręcając kilka ładnych kilometrów. Nic dziwnego, że następnego dnia nie byłem w stanie ruszać nogami. Biegnąc bez większych błędów, tempem żółwia, czekałem aż dojdzie mnie Tomek Jurczyk. W końcu złapał mnie Pasza i za nim wyczerpany doczłapałem do mety.



Jakkolwiek jeśli chodzi o middla to można powiedzieć, że wszystkie założenia wypowiedziane przed biegiem zostały spełnione:

1) Byleby wygrać z Gajkowskim.
2) Byleby nie przegrać z Piłkowskim.
3) No cóż, jedyne o co pozostaje mi walczyć, to pierwsza dwudziestka.



Wyniki II ligi:

2:0 z Łukaszem Gryzio, 2:0 z Piłkowskim, 1:0 z Hewim, 1:1 z Galiczem, 1:1 z Prezesem Charubą, 1:1 z Tomkiem Pabichem, 1:1 z Tomkiem Jurczykiem i 0:2 z Mariuszem Pabichem.

Czym się charakteryzuje zawodnik drugoligowy? Tym, że MP kończy gdzieś tam w drugiej dziesiątce (13. i 19. miejsce), tym że jego rywalizacja sprowadza się do walki z zawodnikami z tej własnej ligi, tym że jego aspiracje kończą się na ukończeniu klasyka ze stratą mniejszą niż pół godziny.  Niestety przy pewnym poziomie trenowania druga liga może być szczytem ambicji, ale…
…uprzedzając treści zawarte w kolejnych wpisach, wciąż mam jeszcze ambicje by powalczyć o awans do I ligi, a co! Na pewno czeka mnie droga, długa droga, "droga która znam, którą wybrałem sam"!

*Jak się nazywają bąki, którym się nie chce wyjść z d*py?
**Młodszych czytelników po raz kolejny przepraszam za język.
***legendarnego i prawdziwego przyjaciela


Pozdrowienia dla wszystkich wiernych czytelników, na dziś propozycja dla tych, z którymi „można tylko pójść na wrzosowisko i zapomnieć wszystko”. Ahoj!


środa, 5 października 2016

1. + 15. to nie równa się 4 x 4.

Tajemniczy tytuł zostanie rozszyfrowany w dalszych akapitach dzisiejszej notki. Za równo tytuł, jak i pomysł na wpis powstał znacznie wcześniej, a szczytem nietaktu ze strony topowego bloggera jest wrzucanie relacji z MP ponad 2 tygodnie po ich zakończeniu. No cóż nie będę tym razem wrzucał bukietu pewnych kwiatków, ani tłumaczył się tym, że jestem człowiekiem zabieganym. Owszem lubię bieganie, ale bez przesady.


Po tym jak z podniesioną głową wracałem z Jakuszyc z 24. miejscem i NKL-em miałem przyłożyć się do treningów i na kolejnych MP wypaść znacznie lepiej. Niestety zupełnie to nie wyszło. W tygodniu po KMP złapało mnie małe przeziębienie przez które musiałem odpuścić 2 treningi. Na piątkowych podbiegach było już elegancko, w sobotę natomiast odbyły się Mistrzostwa Małopolski, gdzie w swojej kategorii zdobyłem tytuł mistrzowski. Przegrałbym z biegnącym na tej samej trasie przyszłym Mistrzem Polski o 1’12’’, zostawiając na dziewiątce około półtorej minuty. Jakkolwiek w drugiej części trasy przypomniał się stary dobry Garbacik, który połykał górki i naprawdę śmigał po lesie. To był dobry, słoneczny dzień!


1.M.Garbacik       51.31
2,B.Gajkowski     +3.18
3.M.Dzik            +11.15

Następnego dnia zrobiłem z kompanem rozbieganie po pustyni, tam gdzie męczyć się będą rzesze uczestników przyszłorocznego Wawel Cup. (Zachęcam, polecam, propsuje.) Kolejny tydzień niestety był jeszcze mniej różowy, gdyż nie wyszedłem biegać ANI RAZU. Choróbsko zmogło mnie konkretnie, a szkoda bo myślę, że miało to kluczowy wpływ na mój start w klasyku. Biegnąc pierwszego longa w seniorach, nie bez przyczyny czułem się jakbym biegał ultralonga w młodzieżowcach. Tym razem był on ze startu indywidualnego, nogi były świeże, czasu na doczytanie wszystkiego dużo, teren dla mnie bajkowy. Nie będę rozkładał na czynniki pierwsze mojego występu, bo i po co. (Jak kiedyś będę w wyższej klasie rozgrywkowej, znów się będę w to bawił.) Nie da się ukryć, że do połowy trasy biegłem bardzo dobrze. Jeszcze na szesnastce miałem 47 sekund straty do Paszy, jednocześnie będąc przed Podziem i Kubą. Druga liga przed pierwszą (dokładnie ligi, w których występują zawodnicy M21E opisane będą w kolejnym poście). Później niestety zaczęły się błędy. Co gorsza z każdym kolejnym kilometrem i łykiem wody gardło bolało mnie coraz bardziej. Na nic nie przydał się chwilowy wózek za Olejem, lepiej już chyba było dalej telepać się swoim tempem, niż na chwilę przyspieszyć, a później chodzić. Dobiegłem do mety wyczerpany, ze stratą prawie pół godziny. Rzycie!

1.W.Kowalski     90.45
2.B.Pawlak        +4.07
3.M.Olejnik        +4.31
...
15.M.Garbacik   +29.35


Gdyby (ach to gdyby) ostatni tydzień przed zawodami wyglądał inaczej, to myślę, że powalczyłbym o pierwszą dziesiątkę, stać mnie było na to. Ale wiecie, moi drodzy czytelnicy, czego mi po tym biegu najbardziej szkoda? Tego, że w marcu, w tym terenie spokojnie walczyłbym o TOP5. Tego, że taki cudowny teren, taki teren wybitnie pod Michała Garbacika nie mógł być na MP wtedy kiedy byłem w formie. Zawsze były jakieś pieprzone Lidzbarki, Kwidzyny, Młodzieszyny, wrocławskie krzaki czy wreszcie Jakuszyce. Fuck.


Tego dnia za to, mój klubowy kolega dokonał tego, czego mi się nigdy nie udało. Marek rozwalił M20,a mało brakło a mielibyśmy w tej kategorii dublet. Wielkie brawa Panowie! Mając sztafetę z dwoma medalistami, miałem jedno zadanie - doprowadzić się do używalności na następny dzień. Według wszelkich zasad zdrowego rozsądku mocno przeziębiony człowiek, który walnął 120 minut popijąc, co chwila zimną wodą powinien się rozłożyć na amen, nastąpiło jednak coś zupełnie innego, organizm się zmobilizował, by walczyć następnego dnia. Pozdrowienia dla pani Anii Dyzio!


Na biegu sztafetowym, nastąpiła jednak powtórka z Jeleniej Góry (na szczęście niezupełnie). Już na pierwszym rozbiciu ogarnęła mnie głupawa i byłem prawie 3 minuty w plecy. Szczerze to nie wiem, co wtedy myślałem, nie myślałem. Jednak prawdziwych mężczyzn poznaje się po tym jak kończą, w związku z tym nasz zespół nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Dalszą część trasy przebiegłem niemal perfekcyjnie, powoli mijając kolejnych biegaczy. Kopyto dawało ładnie. Znów miałem trochę dłuższe rozbicia, a stratę 3 minuty na mecie po podbiciu drugiego punktu brałbym w ciemno. Nie jestem zadowolony z całego biegu, ale z tego, że już nie po raz pierwszy pokazałem charakter i po niepowodzeniu była walka!


1.J.Morawski         41.00
2.R.Niewiedziała    +0.02
3,P.Paszyński       +0.04
...
9.M.Garbacik        +3.11

W ten oto sposób po raczej średnich biegach moim i Marka po dwóch zmianach byliśmy na 6. miejscu. Czyli to, co przy dobrych wiatrach zakładaliśmy. Sądziliśmy, że ciężko to będzie utrzymać, jednak po wybitnym biegu (nie boję się użyć tego słowa) Jeana Barana skończyliśmy zmagania na 4. pozycji. Aż strach pomyśleć co by było, gdybyśmy wszyscy trzej pobiegli wybitnie. Pozwolę sobie wrzucić te wspaniałe przebiegi:


I radość barwnych postaci, z WKS Wawel Orieentering Team


I jeszcze dwa cytaty:
W.D.  „To czwarte miejsce warte jest więcej, niż drugie w innej kategorii.”
M.S.  „Dobrze, że jeszcze nie było medalu, bo tak to nie byłoby motywacji , można byłoby iść już do grobu, i ch*j”

A ja pozwolę sobie rozwiązać zagadkę matematyczną postawioną w tytule: to pierwsze i piętnaste miejsce nie równają się mojemu czwartemu miejscu (osiągniętemu przeze mnie w seniorach po raz czwarty).


To czwarte miejsce jest jednym z ważniejszych wydarzeń tego sezonu. Jest uwieńczeniem naszych 4 wspólnych lat trenowania. Jest motywacją na kolejny sezon. Walka o miejsce w sztafecie będzie interesująca, bo przecież dochodzi Marcin, może Lupek, może Gajko, może Paweł Moszkowicz, może Toporro? Może będą trzy sztafety, we will see!

Na zakończenie kolejnych MP wypadałoby podać wyniki drugo-ligowych zmagań, otóż: 2:0 z Charubą, 2:0 z Tomkiem Pabichem, 2:0 z Hewim, 1:1 z Mariuszem Pabichem, 1:1 z Tadziem i 0:1 z Karolem, który tym samym, tak świetnym biegiem wywalczył awans do pierwszej klasy rozgrywkowej.

A piosenka dla wszystkich, tych którzy lubią się wzruszyć.