Podziękowania dla Tadeusza za nadanie (prawdziwego, bądź nie) tytułu skłaniają mnie do trochę głębszej, acz nie do końca związanej z poprzednim wpisem refleksji na temat blogaskowania. Pokuszanie się o tak poważną tezę jaką postawił inny znany w orientacyjnych kręgach blogger byłoby podobne ze stwierdzeniem, że zostałem Mistrzem Polski w Narciarskim Biegu na Orientację, albo że ktoś z naszej dwójki zostałby Mistrzem Luksemburga.
Więc pytanie on jest taki dobry czy konkurencji brak?
Niewątpliwie "złota era orientacyjnych blogasków" bezpowrotnie minęła. Kiedyś biegaczy-pisarzy było więcej niż w historii indywidualnych miejsc Polaków w pierwszej 15. na WOC-u. Nawet, ten cyceronowy blogasek powstał w szale tej mody, on jednak przetrwał, a w znacznej mierze przeewoluował, z resztą można powiedzieć, że dojrzewa on w raz z jego autorem. Z początkowo stricte sportowej tematyki zmienił się w tematykę bardziej sportowo-filozoficzno-refleksyjną. Nie oszukujmy się pierwszego medalu dla Polski na WOC-u nie zdobędę, a czytelników raczej gówno obchodzi, na którym przebiegu moglem urwać 20 sekund, a na którym 30. Stąd pewna zmiana stylu pisania i konkluzja, że im gorzej biegam, tym więcej osób mnie czyta : ) Rzeczywiście ubiegły rok był rekordowy.
Wracając do rozważeń z pierwszego akapitu, można wysunąć odważne stwierdzenie, że "Dziś prawdziwych blogasków już nie ma", a ja w żadnej konkurencji brać udziału nie zamierzam. Wyjazd, na Mistrzostw Luksemburga aktualny, pozdrawiam!
Tytułowe nawiązanie oczywiście do tekstu, który cytuje obecnie 2/3 aktywnych orientacyjnych bloggerów. Swoje dzisiejsze rozwiązania zacznę może od drugiej części chwytliwego tytułu. Autorowi tekstu oczywiście należą się podziękowania, ale z mojej strony należy się również małe sprostowanie, ani już nie jestem taki młody - latka lecą, nie oszukujmy się, ani tym bardziej nie jestem reprezentantem Polski.
Pora przejść zatem do pierwszej części tytułu, czyli występie na trzecim etapie Grand Prix Krakowa w wykonaniu tytułowego nie-reprezentanta. W tygodniu przed biegiem zrobiłem sobie małe kuku, które nie da się ukryć trochę przeszkadza tak w bieganiu, jak i we wszystkim.
Na zdjęciu młodzieżowy reprezentant polski przyłapany na jedzeniu niezdrowego jedzenia, ciekawe co na to trener kadry Polski młodzieżowców?
Przygotowania do biegu trwały w najlepsze, dodatkowego smaczku rywalizacji dodawał zapowiadana konfrontacja mistrzów na długiej pętli (mistrz biegów ultra, mistrz Grand Prix Krakowa i mistrz biegu na orientację). Z uwagi na to, że standardowo biegłem tylko jedne kółko, miałem nadzieję oglądać na żywo walkę o wieczną chwałę i rekord trasy.
Przez większą część trasy miałem przyjemność biec z Mistrzem Świata i najlepszym polskim seniorem jesiennych Mistrzostw Polski, niejako sprawdzając czy się będę w stanie za nim przewieźć w sezonie, hehe. Najbardziej dał mi się we znaki zbieg za kopcem. Ostre napieranie w dół przy posiadaniu trzech sprawnych kończyn było utrudnione, a chęci do wyjątkowego ryzyka specjalnie nie było. Ten zbieg kosztował mnie proporcjonalnie zbyt dużo sił w stosunku do tempa jakim go pokonałem. (jak to mądrze brzmi). A dzięki moim seksownym udom
i drobnej pomocy z zewnątrz całe markowe Alpe Cermis biegłem krok w krok za zawodnikiem Grunwaldu.
Na zbiegu ponownie trochę przyhamowałem z uwagi na wymogi bezpieczeństwa, by później już na asfalcie mocno ruszyć do mety po zgona (nie do końca się udało) i jak najlepszy czas. Dlatego trochę szkoda, że pomiar czasu mnie nie złapał.
1. M.Garbacik 23.04 (w rzeczywistości około 22.45)
2. P.Babula +1.05
3.W.Kański +1.25
Po biegu była jeszcze pora na foteczkę podkreślającą, ze autor blogaska jest nie tylko wysportowany, ale również zabójczo przystojny.
I jeszcze trzy foteczki, pierwsza z pytaniem retorycznym. Może jednak reprezentant?
Druga pokazuje niewątpliwy (nieproporcjonalny do jego masy ciała) talent fizyczny.
I trzecia pokazujący gest mojego młodszego klubowego kolegi, którego zapomniałem pokazać na podium. W związku z tym pokazuję to dzisiaj. 50% planu wykonane.
Podsumowując, reasumując start na GPK, może nie jakoś szaleńczo, ale jednak pozytywny. Idziemy naprzód. Jeszcze bardziej pozytywnie niż same zawody wychodzą teraz treningi, zaczynam się ładować kilometrami w spokojnej dwójce, a jak już ściągnę to gówno z ręki być może wjedziemy na autostradę do Augustowa.
Na koniec tradycyjnie dedykacja, tym razem dla tych którzy czegoś, nie wiedzą, chcą się czegoś nauczyć, suchar wraz z utworem.
-Jeśli czegoś nie wiem to kogo mam się spytać?
-Dawida!
-Dlaczego?
-Bo wie.
Kolejnym startem było bieganko na
Kraków City Race - rozgrzewka, tak się składa, że już tradycją jest, że grudniowy etap jest
jedynym jesiennym, w którym biorę udział. No i niestety małą tradycją jest też
to, że ten bieg specjalnie mi nie wychodzi. Ani fizycznie, ani technicznie to
nie było to, dopiero za połową trasy zacząłem łapać flow, ale brakło jeszcze z
dwóch długich przebiegów, by dogonić Marcina. Maybe next time.
1. M. Biederman 29.59
2. M. Garbacik +0.20
3. M. Skorupa +4.18
i na zachętę : )
4. M.Topór +4.29
Kolejne tygodnie przebiegały z grubsza tak jak tego chciałem. Dużo ćwiczeń
siłowych, dużo kilometrów, jak na moje możliwości
całkiem sporo mapy. Dodatkowo cennym doświadczeniem był udział w wykładach na
zgrupowaniu w Żelazku.
Ostatnie dni roku spędziłem na obozie w Krynicy, próbując się
zajechać kilometrami. Tu podziękowania się należą mojemu kompanowi od
treningów, z którym ten czas mijał trochę szybciej. 77 kilometrów rozbiegań po górach (szczególnie
2 wzdłuż stoku Jaworzyny zostaną dobrze zapamiętane) w cztery dni bezpośrednio
przed biegiem sylwestrowym może nie było najlepszą metodą do przygotowania się
na wynik w tych zawodach. Jakkolwiek możliwość sprawdzenia się po takich
obciążeniach na pewno była ciekawym doświadczeniem.
Standardowo garść statystyk z lat poprzednich. Jak widać rok temu
cofnąłem się w rozwoju : ) W ogóle rok 2015 był dla pana Cycerona nienajlepszym
rokiem, pod wieloma względami.
2009 – 10km (46:11)
2010 – 10km (41:51)
2011 – 5km (18:58)
2012 – 5km (17:14)
2013 – 5km (16:13)
2014 – 5km (17:15)
2015 – 5km i chyba wreszcie rzeczywiście pięć (?)
Podczas przedbiegowego poranka standardowo towarzyszyli
mojej rodzinie Bronek i Władek:
Oj a ich pomoc była w tym roku na trasie nieoceniona. Ale
po kolei. Na początek foteczka z gwiazdami. W tym roku wrycie się do pierwszej linii było wyjątkowo utrudnione.
Na samej Floriańskiej czułem się jakoś ciężko, nieswojo – być może
wiedziałem co tam za chwilę nastąpi. Pozwoliłem „koksom” pobiec do przodu i
skupiłem się na pilnowaniu jednej z topowych polskich biegaczek
średniodystansowych Kasi Broniatowskiej. Od teatru Słowackiego poczułem luz w
nogach, i może to niedobrze, bo na pierwszych dwóch kilometrach trochę się
przeceniłem. Na czwartym już lekko zdychałem, niestety międzyczas bardzo słaby.
Na ostatnim udało się jeszcze trochę przyspieszyć i czas na mecie 16:29 uważam jak najbardziej za
zadowalający. Po pierwsze to było chyba wreszcie 5 kilometrów (każdemu
wychodziło z Garmina ponad pięć), więc jest nowa nieoficjalna życióweczka, po
drugie mogłem się przetrzeć po mocnej pracy objętościowej na obozie, po trzecie znów odbiłem
się i jest lepiej niż rok wcześniej. Nieoceniona
okazała się pomoc trenera Spajdera, myślę, że od „dajesz Michał”, bardziej
efektywne było „Dajesz Marcin”, w osiągnięciu tego wyniku jak zwykle pomógł mi Bronek, zawodnik próbujący
mnie wyprzedzać na finiszu i Ci, którzy dopingowali mnie na ostatnich metrach,
nawet jeśli ich nie zauważyłem!
Żartobliwy track, dla wszystkich tych, którzy marzyli o
zrobieniu takiego:
*tak wiem, że mam prawie 21 lat **zagadka: A gdzie jest ten słynny żywopłot, z City Race'a?
No i według sylwestrowej tradycji wyniki wraz z
wszystkim krewnymi i znajomymi królika, którzy wystartowali w Biegu
Sylwestrowym na 5km.
1. A.Kern 15.05
2. A.Czerwiński +0.08
3. K.Bodurka +0.37
…
6. M.Garbacik +1.24
16.J.Baran +2.44
17. M.Biederman +2.44 (mimo, że pan Marcin przybiegł pierwszy z nich)
23. M.Skorupa +3.05
25. K.Kuca +3.30
48. M.Topór +5.30
52. G.Baran +5.34
80. M.Garbacik +7.02
85. A.Biederman +7.12
114. J.Forsytek +8.18
143. M.Listek +9.10
150. P.Wójcik +9.22
175. N.Wójcik +9.46
942. M.Kaszowska +38.53
943. A.Suchan +38.54
944. R.Etterle +39.39
956. P.Kaszowski vel Z.Raczyńska? +51.21
957. P.Kaszowska +55.15
958. P.Kaszowski +56.34
959. M.Etterle +56.37
960. P.Etterle-Kaszowska +56.48
i B.Wziętek, która jeszcze wróci silniejsza, bo przecież:
Przechodząc już do tytułu notki, muszę stwierdzić,
że ten miesiąc był dla mnie bardzo dobry, pod wieloma względami. Sportowo (bo
to przecież wyłącznie blogasek sportowy) wszystko szło po mojej myśli,
opuściłem tylko jeden trening. Znów poczułem się tak pozytywnie nakręcony i liczę, że w tym roku będę jeszcze mocniejszy, niż w czasach kiedy byłem "piękny i młody". Ostatnie minuty Starego Roku spędziłem na szczycie i
liczę, że w tym roku właśnie często tam się będę znajdował. A teraz czas na
cele sportowe, w podsumowaniu sezonu dokładnie się z nich rozliczę:
Cel główny:
"I nadrzędny cel: awans (...), do bram (...) raju, do których
pukali siedmiokrotnie. Czasem po cichu, jakby onieśmieleni, innym razem z
całych sił, rozpaczliwie łomocząc do utraty tchu"
#roadtoAugustów
Cele dodatkowe (żaden z nich nie zastąpi celu głównego, jednak
spełnianie każdego z nich będzie mi dawało trochę satysfakcji):
- zrobić „najnaja” na Grand Prix Krakowa w Biegach Górskich
- przebiec półmaraton poniżej 3:40 min/km
- podnosić poziom rywalizacji młodych, zdolnych na Grand Prix
Małopolski i pokazywać chłopakom, że „stare” jeszcze potrafi : )
- kontynuować udane starty sztafetowe w SHK i może w jakimś biegu
pobiec w pierwszym teamie?
- przeciągnąć się za Kratovem na długiej nocnej
-
dostać się na Akademickie Mistrzostwa Świata
-
pobiec w Miskolcu tak pewnie jak zawsze na Węgrzech biegam, tylko że jeszcze
trochę lepiej. Nie chodzi mi tu konkretnie o wynik, ale o zadowolenie z biegu,
o świadomość, że to był ,max”
-
ciułać punkty w rankingu Polski, by przed jesienią zapewnić sobie korzystną pozycję
startową
- być cały czas w TOP 10 na indywidualnych MP i stworzyć sztafety na TOP 6
-
zaatakować TOP 6, na MP w biegu alpejskim – może kalendarz pozwoli
Zobaczymy ile
z tego się uda, let’s do it!
Długa była ta notka, więc już na koniec może nie
dedykacja, tylko życzenia, życzenia muzyczne, życzenia muzyczne dla wszystkich
Polaków: dla mnie, dla mojej rodziny, dla moich znajomych, dla całego KMN-u,
dla Pana Prezesa, dla Ojca Rydzyka, dla wszystkich biskupów, rządzących i
opozycji:
Tym razem przenieśmy się na chwilę do Żelazka, na trasę
niedzielnego ścigania klubowego. Formuła, jak na węgierskich sztafetach, pogoda
doskonała i nastawienie teamu bojowe. Zasady przed biegiem ustalone w sposób
dość prosty: „Zwycięzca bierze wszystko, przegrany stoi pokonany”. Dzięki
dobremu podzieleniu punktów i świetnej postawie moich czterech dziewczyn (Brawo Kasia, Marta, Natalia i Zuzia (która z początku nie wierzyła w sukces)) okazaliśmy się bezsprzecznie najlepsi, a dobiegając do mety, widząc że
zawodnicy z innych zespołów stoją i czekają na swoich kolegów. Mogłem zaśpiewać: „The winner took
it all, the losers standing smalls” Zabawa była przednia. Ahoj!
Jeśli chodzi o aspekt sportowy to technicznie do urwania
było 30’’- 40’’ (mapka niestety zaginęła w akcji, może się wkrótce pojawi), na
podbijaniu punktów perforatorem pewnie z 2 minuty. Fizyczna forma, jak na koniec
trzeciego tygodnia roztrenowania i biorąc pod uwagę nocne ćwiczenia na siłowni też na
propsie. Ale najważniejsze, że pierwszy sprawdzian dla kostki, która zawiodła
na IceBugu jak najbardziej na plus.
Próba generalna dla niej miała nastąpić tydzień później i
mogę powiedzieć, że zdała egzamin – dzielna dziewczyna. Wyprzedzając fakty, to właśnie ten komunikat po GPK był najważniejszy - zaczynamy mocne trenowanie. Ale po kolei,
chronologicznie krok po kroku poprowadzą nas foteczki:
Na początku warto pokazać foteczkę na której znajdują się od
lewej: Ten który powinien robić zdjęcia
starszym zawodnikom, jak młodzi biegną za nimi zmęczeni; zdobywczyni takiego
wielkiego pucharu z Limanowej (a tu nic); święty Mikołaj oraz producent
kolorowych IceBugów dla kobiet.
Na kolejnym zdjęciu możemy zobaczyć zawodnika, który w
żenujący sposób próbuje podgrzewać atmosferę na starcie i wylewające z czegoś
małolaty. Ciekawe z czego?
Gdy już Jaśkowi udało się wyperswadować Świętemu Mikołajowi
stanie w linii z zawodnikami, mogliśmy ruszyć…
Na początku badając się wzrokiem, dokonywaliśmy rekonesansu (choć
to chyba nie jest najbardziej poprawne słowo) przeciwników. W końcu założenie
przed biegiem było proste – The Winner Takes It All!
Początek trasy pokonaliśmy bardzo mocno. Po pierwszych
trzech kilometrach oddychałem już lekko rękawami. Ale z tyłu już nikogo nie
było, a ja ani nie myślałem odpuszczać lidera. Nawet słynne markowe Alpe Cernis
nie było tego dnia straszne, była motywacja i walka, no i słowo dane przed
startem. Po wbiegnięciu na beton już wiedziałem, że to jest to!
I bicki na nogach też są.
I The
Winner takes it All! A po przebiegnięciu przez linie mety (tym razem na spokojnie, nie zgonując) chciałem pozdrowić kilka osób, jednak mi nie pozwolono, więc
mówię to co chciałem powiedzieć do mikrofonu teraz, z perspektywy ex ante (If you know, what I mean :) )
-Chciałbym pozdrowić mamę, która walczy teraz na dwóch pętlach
i wiem, że sobie świetnie poradzi.
-Chciałbym pozdrowić Basię, której dziś z nami nie ma, a
która mam nadzieję jeszcze do nas wróci.
-I na końcu chciałbym pozdrowić mojego trenera, który siedzi gdzieś
daleko na zachodzie i któremu po tylu latach wciąż jeszcze chce się ze mną
pracować!!!
1. M.Garbacik 22.24
2. B.Babula +0.37
3. D.Boroń +1.00
Na uwagę tego dnia zasługują jak najbardziej wyniki
- Bartka Gajkowskiego - to co szykujemy jakąś sztafetę w
seniorach?
- Jerrego i Alvaro. Jurek za wynik, a Grześ za wynik, no i
niesamowitą walkę.
- I as always Madzi Topór, która wielkimi krokami zbliża
się do czasu brata.
I jeszcze kilka foteczek, które pokazują jak doskonała
atmosfera panowała na zawodach:
W tamtym tygodniu, bez treningu, mam nadzieję udało mi się odkryć patent na
wygrywanie, oby tendencja była kontynuowana. A co dalej? Dalej chcę wrócić do czasów, w których miałem tyle fantazji by biegać ze zdjęciem na rękawiczce, do czasów kiedy walka na GPK nabierała największych rumieńców. Wrócić do tych czasów, ale jeszcze silniejszym niż wtedy, na razie wygląda to doprawdy obiecująco. Dalej oczywiście
będę też walczyć, na kolejnym GPK mam już ochotę na jakiegoś zgonika, a w
kwietniu? Zobaczymy!
A muzyczna dedykacja? Może na dziś Madonna, w swoim
najlepszym wydaniu. A dla kogo? Dla każdego kto dokądś zmierza, tak jak ten
mityczny Odyseusz.
A i jeszcze prawie bym zapomniał, dla tych, którzy o mało co nie zginęli przez stratowanie:
Podsumowanie tego sezonu nie będzie tak rozbudowane jak
alfabet roku 2014. W tym roku nie było rekordów na GPK, nie było wyrównanej walki z
chłopakami z krajowej czołówki, nie było wyjazdu na Mistrzostwa Świata, nie było udanych
startów na pierwszej zmianie wśród polskich seniorów, nie było też walki
romantycznej jednostki na biegach górskich i ulicznych - człowiek się starzeje,
ot co :)
Z pewnością nie był to dobry sezon, ale nie to będzie
głównym tematem tej blogaskowej notki. Dzisiaj chciałbym się skupić na tych
chwilach, pięknych chwilach, dla których w tym sezonie „warto było żyć”.
Tych dobrych chwil było całkiem
sporo, należy wymienić:
- Zobaczenie samochodu po wycieczce w Krynicy – swoją drogą, Marku, mam ładny dług wdzięczności, bo gdyby nie Ty to pewnie bym już tej notki
dzisiaj nie pisał.
- Powrót w trakcie kadrowego crossu – właściwie ostatniego
akordu moich eliminacji do JWOC.
- Podróż do Krakowa z ultralonga w doborowym towarzystwie i
piwko na tylnim siedzeniu Espace-a. Moje drugie historyczne piwko w tym
samochodzie.
- Finish na drugim etapie Limanowa Cup – kto był ten wie, o
czym mówię.
- Uczucie satysfakcji po wszystkich udanych biegach: Grand
Prix Małopolski, ostatni etap Grand Prix Pomorza czy drugi dzień czeskich
sztafet.
- Moment kiedy przyszedłem do CZ na sprincie podczas
Mistrzowie w Krakowie. Wtedy poczułem, że naprawdę jako Polacy i Wawelowcy nie
mamy się czego wstydzić.
- Wiele pozytywnych momentów było też na Hungarii, gdzie z
jednej strony mentalnie byłem na wakacjach, a z drugiej profesjonalnie
podchodziłem do każdego biegu i małymi kroczkami zbliżałem się do jesiennej
formy.
- Mikro sztafety w trakcie obozu z Czechami, gdzie wraz z
Denisą Kosovą byliśmy dwukrotnie najlepszym teamem MIX. Tego dnia fruwałem po
lesie szybko jak nigdy i prawie bezbłędnie.
- Wrześniowe treningi z Jaśkiem (groble, sikornik), gdy
czułem, że zbliżam się do życiowej formy. Gdy byłem naprawdę mocny, kostka
sprawna, a w perspektywie wiele ciekawych startów. Niestety ten dobry okres nie
został w pełni wykorzystany.
- Weekend z City Racem, gdzie zabawa z mikrofonem połączona
była z dobrymi biegami i interesującą rywalizacją.
- Możliwość organizacji wielu zawodów dla Wawelu i efekt
jaki można było zobaczyć w trakcie odbywania się (GPK, Wawel Cup, KCR) – Mimo,
że niektórzy twierdzą, że były to podwórkowe zawody.
Ale nawiązując do tak zwanego TOP3 należy wymienić:
3. Chwila, kiedy ściągnąłem buty po ultralongu. Pięty były
tak zmasakrowane, a ja taki zadowolony, że się z tego gó**a udało ukręcić bat.
2. Chwila, kiedy wyciągnąłem kolec z buta, w trakcie
przebiegu na trójkę w trakcie Czech Cup. Wtedy poczułem, że „jeszcze nie
wszystko stracone” i zacząłem robić to co „Parfian (…) i Piotrowski (…)” na MP
w Kwidzyniu (cytat z WD).
1. Chwila, kiedy wbiegłem na szczyt Babiej Góry. Abstrahując już od świetnego sportowego wyniku, tam na szczycie czułem takie uczucie wspólnoty.
Wbiegliśmy wszyscy, udało się, to już koniec tej wędrówki, wbiegliśmy na sam
szczyt!
Jeszcze raz podsumowując, reasumując sportowo sezon ten był
dla mnie bardzo rozczarowujący: Nie zostałem Mistrzem w Krakowie, nie wziąłem
udziału w JWOC party, nie zdobyłem swojego pierwszego medalu Mistrzostw Polski
Seniorów („ale co się odwlecze to nie uciecze”). Było jednak wiele chwil, anegdot,
momentów, które były godne zapamiętania. Czy było warto? Myślę, że na pewno bo
„w życiu piękne są tylko chwile” oraz „każdy z nas jest Odysem, co wraca do
swej Itaki” – ten rok był taką stagnacją u nimfy Kalipso : ) Na bieg życia jeszcze przyjdzie pora. Mam nadzieję, że
kolejny sezon będzie lepszy, a anegdoty z tego z pewnością będą opowiadane wnukom
przy kominku. Hej!
A dzisiaj dedykacja dla tych, którzy się dziwią, że wciąż mi
się jeszcze chce:
P.S.
W prowadzeniu blogaska unikałem dotąd wybiegów politycznych,
jednak teraz okoliczności znacząco się zmieniły. Uważam, więc, że każdy
obywatel, któremu nie podoba się to co teraz dzieje się na polskiej scenie
politycznej powinien o tym mówić głośno. Bo nic więcej nam nie pozostaje…
A więc, dedykacja dla
tych co śpiewali w kościołach tą wersję patriotycznej pieśni. Oby za chwile nie
było rzeczywiście powodów do jej śpiewania…
Jesienne wojaże trwały dość długi okres czasu. Ilość minionych zawodów
i natłok informacji sprawiają, że notka nie będzie bogata w egzystencjalne
rozważania, dużo w niej za to będzie mapek, no i oczywiście foteczek.
Wracając jeszcze po raz ostatni do Mistrzostw Polski w
Jeleniej Górze. Niestety zaważają one trochę na ocenie całej części sezonu. Jak
to mój kolega powiedział przed meczem Polska-Czechy na EURO 2012 „Jak Smuda ten
mecz wygra to będzie bohaterem narodowym, jak nie to zwykłym ch…”. W tej
sytuacji niestety jest podobnie, a odnosząc się jeszcze do biegu klasycznego odpuszczę
sobie wnikliwą analizą, z reguły pisze się na które punkty zrobiłem/zrobiłam
błąd. Ja pochwalę się każdym przebiegiem, który pokonałem bezbłędnie. Błędów
nie zrobiłem na PK1, PK6 (bo już tam w okolicach wcześniej byłem), PK9 (bo już na nim wcześniej byłem), PK 11, PK 13, PK 14 (ale
seria!!!), PK 18 i PK 19, na dobiegu też się jakoś bardzo nie zgubiłem. Uniknięcie
trzech-czterech błędów dałoby medal, no ale… : )
Mapka z dedykacją dla Boba
A tak się przegrywa szansę na pierwszy medal w seniorach
Przechodząc do kolejnych wydarzeń i rozpoczynając snucie
bardziej pozytywnych opowieści, stwierdzam, że po alpejskim MP dużo biegałem na
mapie. Z lepszym, bądź gorszym powodzeniem.
Tego dnia goniłem jak pop... Tempo było naprawdę bardzo mocne, a błędy... Powiedzmy tak, były spowodowane różnymi przyczynami, nie do końca ode mnie zależnymi.
Jest i foteczka z podium, ten motyw się będzie jeszcze w tym wpisie powtarzać.
Kolejny tydzień to kolejny bieg przygotowujący do nocnych
(to był ostatni bieg moich przygotowań do nocnych w ogóle, jak będzie trzeba
walczyć o punkty dla klubu to pewnie jeszcze nocne kiedyś pobiegam, ale po
prostu tego nie lubię robić, więc skupię się na czymś innym) i drobne przeziębienie
spowodowane tym pieprzonym łażeniem po lesie. Kolejna mapka dla Boba,
podpowiadam: trójka i jedenastka nie zostały znalezione.
Podczas następnego weekendu, walczyłem na Kraków City Race,
w sumie z całkiem niezłym powodzeniem (kolejna foteczka z podium), wreszcie Wiktoria.
I jeszcze troszeczkę narcystycznych foteczek, podczas których zostałem uchwycony w trakcie pieprzenia.
Błyskawicznie przenosząc się do Wroclove o nocnym nie mam zbyt
dużo do powiedzania. Z pewnością do annałów historii i elementem wielu
opowieści będzie lokomotywa, która mknęła po lesie i zastanawiała coraz to
różnych zawodników, niejeden raz będzie się też wspominać o ponad
dwudziestoosobowym tramwaju na polanie, gdzie byli panowie z M20 i M21, który prowadziła Kasia Bugaj. Foteczki
z podium tym razem nie ma, ale może to i lepiej…
*zagadka, do kiedy biegłem sam?
Sztafety sprinterskie to moja fatalna postawa, wydatnie do
tego przyczyninili się Cziken i Tadzik, no ale przecież trzeba mieć swoją
głowę, a nie trzymać mapę w gaciach. Na uwagę zasługuje dobra postawa całego
mojego zespołu – finiszowaliśmy na 6 miejscu, dodając OK! SPORT to i tak mocne
7 miejsce. Gdyby tylko Markowi (i tak dobry bieg, gratki) się udało utrzymać Alka to miałbym
niepowtarzalną okazję pociągnąć się za Kratovem. Już drugi raz w tym roku
zmarnowana. Shit happens.
W trakcie Mistrzostw wszystkie miasta i wszystkie wioski śpiewały jedną pieśń:
Jeszcze kilka foteczek z MP. Czy z tą rodziną wszystko jest w porządku?
Uwaga, kolejna zagadka, kto robił zdjęcie?
Z Wroclove przenosimy się do naszych południowych braci z
Węgier. Gdzie oprócz spróbowania prawie najmocniejszego alkoholu jaki miałem w
życiu okazji pić, walnąłem dwa ultralongi. Pierwszego dnia zrobiłem jeden duży błąd,
ogólnie miałem problem z interpretacją tych niecek, ale technicznie to nie był
tak zły bieg – 1:47 starty i trzecie miejsce na swojej zmianie. Kolejnego dnia
bardziej czułem się jak na rajdzie przygodowym niż jak na biegu na orientację i
tak trochę też mój „bieg” wyglądał. Wracając z Węgier spieszyliśmy się by
ratować nasz piękny kraj, efekt? Od ostatnich dni sami możemy to obserwować…
W kolejnym tygodniu uczestniczyłem w organizacji MP Wojska
Polskiego, zachęcam do polubienia słynnego fanpejdża. Jednego dnia pobiegałem
sobie też na mapce, ale szybko zszedłem, bo stopień mojego zajeb…. zajechania po
Węgrzech wciąż był ogromny. Teren ciekawszy niż to wygląda z mapki, przede
wszystkim „pod nogą”.
Miejscem następnych zmagań był stadion na groblach, gdzie
wybiegałem tylko 2:52. Wynik znacząco poniżej oczekiwań, choć i tak wiązał się
z poprawieniem życiówki o 9 sekund. No cóż, dobrze, będziemy mieli jeszcze co
poprawiać. I uwaga, kolejna foteczka z podium, niestety już ostatnia.
W kolejny weekend udaliśmy się już po raz kolejny do
Wroclove. Niestety za równo technicznie, jak i fizycznie to nie było to
i
mogłem się „cieszyć” z trzeciego pod rząd czwartego miejsca w seniorach.
Bieg w ramach IceBug Summer Trail miał być fajnym
zakończeniem sezonu, no i wreszcie miałem sobie coś wygrać. Tym razem się nie
udało, wszystko kontrolowałem do momentu, gdy rozpoczęły się zbiegi, niestety
moja kostka coś ostatnio znowu nie funkcjonuje najlepiej, co martwi mnie
bardziej niż brak kolejnej foteczki z podium. Ogólnie przygoda bardzo fajna, organizatorzy też poszli znacząco do przodu w porównaniu z tym co było prawie 2 lata temu.
W ten sposób sezon się zakończył, w tak zwanym midtime
odbyło się kolejne GPK. Jak zwykle poszło wszystko zgodnie z planem. Umieszczam
foteczkę, która mam nadzieję dostanie się na jakąś wystawę sztuki nowoczesnej, worldpress albo coś takiego.
Zmierzając już do końca jesiennych wojaży, całkowicie po
sezonie wystartowałem jeszcze w zawodach AZS by reprezentować moją uczelnię.
Pomińmy roztrenowanie, przeziębienie, dziesięcio-minutową rozgrzewkę, tego dnia…
biegło mi się genialnie! Idealnie rozłożyłem siły, chyba po raz pierwszy na tak
krótkim dystansie i przybiegłem czwarty. O 10 miejsc lepiej niż rok temu!
Rzadko kiedy po zawodach w tym sezonie pojawiała się uniesiona pięść do góry.
Podsumowując jesienne wojaże, ciężko jednoznacznie
stwierdzić, czy było dobrze, czy jednak nie. W tym okresie miałem cztery bardzo dobre biegi (sztafety Czechy, MP w
alpejskim, sprint KCR i przełaje AWF). Na uwagę zasługuje przede wszystkim to
jaki skok biegowy udało mi się uczynić od lipca do września. To niewątpliwie
było cenne, szkoda tylko, że wyniki były jednak generalnie zdecydowanie poniżej oczekiwań. Potencjał i forma tej jesieni nie zostały w pełni wykorzystane. Motywacja do pracy niewątpliwie jest, tegoroczne
roztrenowanie też wygląda dużo inaczej niż rok temu, dlatego moja forma zerowa
(na końcu roztrenowania) będzie dużo wyższa niż rok temu. Jeśli tylko z moją
nogą będzie wszystko okej, liczę że kolejny sezon będzie inny od tego. Ten
oceniam najgorzej od 2009 roku. Ale cóż to tylko bukiet pewych kwiatów, a coś czuję, że podczas kolejnego jeszcze nie raz będzie dobrze, może uda się zrobić tą jedną wymarzoną foteczkę na podium?
Oczywiście nie może zabraknąć muzycznej dedykacji, tym razem
dla bezimiennego typa, z którym darłem ryja do tej melodii podczas mitingu u
Żana Barana.
*coś nie mogę znaleźć, ale to to co leci na początku i cały czas w tle